Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maryja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maryja. Pokaż wszystkie posty

Maryja i pustynia


            Dyskretna pomoc Maryi… To nie jest tylko pobożne życzenie, ale konkretny fakt. Maryja jest doskonale wsłuchana w głos Ducha Świętego. Dlatego jest w stanie skutecznie pomóc w życiowych zmaganiach. Wypraszane przez Nią łaski otrzymujemy bezpośrednio od Boga lub pośrednio poprzez ludzi.

 Dzisiaj przeżywamy wspomnienie Maryi jako Królowej Pustelników. To szczególne zaproszenie do wdzięczności nie tylko dla pustelników, ale także dla wszystkich, którzy przeżywają doświadczenie pustyni w świecie. Pustynne ogołocenie jest czasem szczególnego ataku ze strony Złego ducha. Jezus jest obecny w świecie. Ale świat, mocno infiltrowany przez szatańskie wpływy, usiłuje zatrzymać na sobie. Jest to wręcz napastliwe wołanie ze wszystkich stron: „patrz tylko na mnie”, „słuchaj tylko mnie”. Gdy ta uwodzicielska pokusa się powiedzie, wtedy człowiek zaczyna obumierać z pragnienia na skutek braku Wody Żywej. W tej duchowej walce Maryja usilnie wyprasza nam dar Ducha Świętego, który udziela mocy, aby swe patrzenie, słuchanie i bycie radykalnie skoncentrować na Bogu.  

Aby dobrze uchwycić te zależności warto odwołać się do pewnego pustynnego doświadczenia. Otóż przebywanie na pustyni w bezwietrznych miejscach jest nie do wytrzymania. Lejący się z góry żar nasuwa skojarzenie z ogniem piekielnym, który ogarnia i powoduje najgorsze rodzaje bólów. Ale rzecz bardzo ciekawa! W miejscach, gdzie wieje orzeźwiający wiatr, zwłaszcza na wzniesieniach, sytuacja ulega diametralnej zmianie. Wiejący wiatr sprawia, że można z przyjemnym uczuciem przebywać pośród pustynnego piasku całe długie godziny. Maryja, wypraszając nam Ducha Świętego, którego symbolizuje wiatr, sprawia, że nawet w stanie najcięższej zewnętrznej pustyni, w sercu nie będziemy przeżywać mąk piekielnych, ale względny pokój, a nawet niebiańskie rozkosze.  

Jestem wdzięczny Maryi, że w krytycznych chwilach ziemskiej pustyni pomogła mi usłyszeć Chrystusowe: „Pójdź za Mną!”, zapraszające do podjęcia powołania pustelniczego (por. Mk 2, 13-17). W tym specyficznym powołaniu ogromne znaczenie odgrywa czerpanie ze świadectwa doświadczonych eremitów. Nigdy nie przestanę dziękować za niesamowitego pustelnika, którego spotkałem odbywając jedną z pustelniczych pielgrzymek na pustynię. Jestem przekonany, że to Maryja Królowa Pustelników zaaranżowała to spotkanie, którego możliwość była swoistym cudem.

Wspomniany eremita jest już na pustyni ponad dwadzieścia pięć lat. W trakcie rozmowy mocno podkreślił, że pustelnik to człowiek, który samotnie i w milczeniu trwa przed Bogiem. Samotne milczenie ust sprawia, że w sercu rodzi się słowo z Ducha Bożego. To właśnie ten akcent położony na całkowitą samotność przed Bogiem dogłębnie przemienił moje rozumienie powołania pustelniczego. Miałem poczucie, że poprzez ludzki głos przemówił do mnie sam Duch Święty. Wcześniej więcej czasu poświęcałem na spotkania z osobami, które chciały przyjść do Eremu, aby porozmawiać. Teraz dotarło do mnie, że moim powołaniem jest maksymalnie umrzeć dla świata. To znaczy na ile możliwe mam trwać w samotności: tylko Bóg i ja. Powołaniem pustelnika jest uwielbiać samotnie Boga i modlić się w intencji ludzi w świecie. Miłość pustelnika polega na tym, że powinien oddalić się fizycznie od człowieka, aby być z Bogiem i duchowo jeszcze bardziej służyć człowiekowi. 

W moich realiach nie mogę udać się głęboko w pustynne góry. Ale zamknięty mur pustelniczy daje podobny rezultat. To wszystko nie oznacza jednak zlikwidowania wszelkich kontaktów. Trzeba być posłusznym natchnieniom Ducha Świętego. Ów pustelnik spotyka się z ludźmi co pewien czas. Jednocześnie warto dzielić się swymi odkryciami w pustelni poprzez słowo, które potem przekazywane jest do świata. Cieszę się bardzo, że opisywany tu pustelnik z serca udzielił swego błogosławieństwa pracy związanej z pisaniem i zamieszczaniem tekstów w naszym Eremie Cyfrowym.

Maryjo, Królowo Pustelników, dziękuję Ci za Twe niezwykłe prowadzenie i wstawiennictwo. Maryjo, Królowo Pustelników, módl się za nami. 

           16 stycznia 2016 (Mk 2, 13-17)
 

Maryjna pomoc


Rozpoczynamy kolejny rok… Początek ma zawsze fundamentalne znaczenie. Mały błąd na początku prowadzi do późniejszych wielkich problemów. Duże ilości energii są niepotrzebnie tracone. Jakże przykro, gdy pomimo podjętego trudu zamiast dobrych rezultatów zbieramy plon niepowodzeń. Na co w takim razie szczególnie zwrócić uwagę?

Cenną odpowiedź otrzymujemy poprzez dzisiejszą uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi. Jest to serdeczna sugestia, aby na serio potraktować istnienie Maryi, która prawdziwie jest Matką Boga. Każde przedsięwzięcie podejmowane z pominięciem Maryi przypomina aspiracje ptaka, który planuje wznieść się bardzo wysoko, mając jednak jedno skrzydło złamane… Św. Jan Paweł II jest świetnym przykładem człowieka, który wszystko wiernie powierzał Maryi. Owoce tej mądrości mogliśmy wszyscy obserwować.  

Maryja może nam bardzo pomóc, gdyż jest Matką Boga. Nie jest to tylko pobożna metafora, ale dosłowny opis tożsamości Maryi. Prawdę tę uroczyście potwierdzono na soborze w Efezie w roku 431, który zwołano w związku z nasilającą się herezją nestorianizmu. Otóż patriarcha Konstantynopola Nestoriusz zaczął rozróżniać w Jezusie Chrystusie dwie osoby i dwie natury: ludzką i Boską. Konsekwencją takiego rozumienia stała się teza, że Maryja jest Matką Jezusa, ale tyko jako Człowieka. Na soborze przypomniano, że Jezus jest jedną osobą, która jednocześnie ma dwie natury: Boską i ludzką. Maryja jest Matką całego Jezusa, czyli Matką Jezusa zarówno  jako Boga, jak i Człowieka. Znaczy to, że jest Matką Boga i może być nazywana Bożą Rodzicielką.

W tym świetle możemy postrzegać Maryję jako człowieka, który ma wyjątkową moc wstawienniczą, aby nasze poczynania były dogłębnie przeniknięte obecnością Boga. Wszelka praca ma wieczny sens tylko wtedy, gdy jest „rodzeniem” tego, co jest zgodne z wolą Boga. Boża Rodzicielka ma boskie predyspozycje, aby pomóc nam w osiągnięciu tego celu. Nie chodzi tu o swoiste dokładanie zewnętrznego glejtu „boskie” do tego, co po ludzku zrobiliśmy.  Jeśli czyn w swej strukturze wewnętrznej jest zły, to nawet najpiękniejsza etykietka z napisem „dobry” nic istotnego nie zmieni. Absolutnym Wzorcem jest Jezus, w którego osobie ma miejsce doskonałe przenikanie się tego, co boskie i ludzkie. W sensie analogicznym,  Maryja jako Matka Boga pragnie nas wspierać, aby nasze ludzkie myśli, słowa i działania były wewnętrznie nasycone Boską dobrocią. Przy wszelkich inicjatywach, im Maryja będzie bardziej zaproszona u źródeł, tym bardziej na mocy Jej wstawiennictwa czystszy będzie strumień późniejszych konsekwencji.

Maryja jako Matka Boga zachęca nas, aby nie zatrzymywać się na ulotnej powierzchni, lecz szukać trwałej głębi. W Ewangelii czytamy, że Maryja w grocie betlejemskiej „zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu” (por. Łk 2, 16-21). Odwołując się do oryginału greckiego, mamy dwa istotne słowa: syneterei i symballein. Otóż Maryja, nawiązując do pierwszego określenia, nie tylko zachowywała ogólną pamięć, ale zwracała uwagę na poszczególne konkretne fakty i wydarzenia. Nie była to tylko chwilowa uwaga, ale trwała troska w sensie nieustannego „kontemplacyjnego przeżuwania”. Dzięki temu zewnętrzne fakty mogły być stopniowo wchłaniane do wnętrza, wypełniając serce żywą pamięcią o Bogu. 

 Określenie symballeinwskazuje na czynność wieloaspektowego rozważania. Jest to swoiste „składanie razem”, które polega na wzajemnym konfrontowaniu różnych części w celu znalezienia spójnej całości. Maryja nie odgrywała roli biernego statysty, ale dynamicznie zestawiała ze sobą poszczególne wydarzenia i zdarzenia.  Celem takiego poszukiwania było odnalezienie wewnętrznej jedności w tym, co pozornie jawiło się nawet jako sprzeczne ze sobą. Czy niemowlę może być Bogiem?

Maryja, Święta Boża Rodzicielka, pragnie wyruszyć z nami… Jeśli co dnia będziemy ufnie zawierzać Jej nasze życie, z pewnością doświadczymy rdzennie chrześcijańskiego obdarowania. To, co będziemy podejmować,  myśleć, mówić i czynić jako ludzie, będzie coraz bardziej nasycone świętą wonią Bożej obecności i dobroci. 

           1 stycznia 2016  (Łk  2, 16-21)

        

Uwielbiać jak Maryja



Uwielbiać Boga… Oto najważniejsze i najbardziej owocne zajęcie w życiu… Jest to „święty fundament”, który pozwala sensownie, efektywnie i twórczo funkcjonować w codzienności. Dzięki modlitwie uwielbienia możemy doświadczać kojącego uzdrowienia, dobrego odreagowania i uwolnienia od wielorakich zniewalających sieci. Dokonuje się wewnętrzne zrównoważenie uczuć i myśli. „Niedomiary” i „nadmiary” zaczynają tworzyć harmonijną całość, w której wszystkiego jest „tyle, ile trzeba”.

Najlepszy przykład takiej postawy daje nam Maryja, która całym sercem wyśpiewała hymn: „Wielbi dusza moja Pana”. Są to pierwsze słowa radosnej pieśni, która zapisana jest w Ewangelii według św. Łukasza (por. Łk 1, 46-56). Nie chodzi o dokładny zapis stenograficzny, ale z dużym prawdopodobieństwem modlitwa skomponowana w tym stylu mogła często pojawiać się na ustach Maryi. W starożytności i w średniowieczu wielu ludzi znało Psalmy i duże fragmenty Pisma Świętego na pamięć. Był to naturalny budulec w modlitwach wznoszonych do Pana. Ponadto, Maryja pochodziła z rodu kapłańskiego i wedle tradycji apokryficznej pewien czas spędziła przy Świątyni Jerozolimskiej.  

Maryjne uwielbienie jest wzorcem, który pozwala przezwyciężyć dwie częste pokusy. Z jednej strony jest to nasycone beznadzieją tkwienie w świecie „szarej powtarzalności”. Stałe prace, obowiązki i problemy wywołują efekt przytłoczenia i nerwowej niecierpliwości. Codzienność przypomina odbywanie kary w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Niektórzy usiłują znaleźć iluzoryczną odskocznię w używkach lub przygodach, aby zapomnieć o „dołującej szarości”.  

            Jest też druga pokusa, zupełnie innego rodzaju. Tym razem intuicja jest bardzo dobra, ale konkretna realizacja jest niezbyt szczęśliwa lub wręcz szkodliwa. Chodzi o błędnie rozumianą „modlitwę uwielbienia”. Spotkanie z Panem ogranicza się wtedy do niekontrolowanego wyrażenia emocji, które spontanicznie wyrzucane są na zewnątrz poprzez słowa i gesty ciała. Takie działanie daje początkowo efekt „uwalniającego odpłynięcia i odreagowania”. Niestety, potem we wnętrzu nie ma głębokiego duchowego pokoju, lecz dominuje emocjonalne rozkojarzenie. Po ochłonięciu daje o sobie znać głód kolejnej dawki emocji. Najsmutniejsze są zachowania nacechowane poczuciem wyższości. Jest to zaprzeczenie ewangelicznego uwielbienia, które powinno być przeniknięte pokorną miłością. 

             Aby nie ulec tym dwom pokusom, najlepiej brać przykład z Maryi, która jest mistrzynią uwielbienia Boga. Najpierw warto zwrócić uwagę, że pierwsze wezwanie w Maryjnym hymnie po grecku brzmi megalynei. Słowo to pochodzi od słowa „wielkość” (megalos to po grecku wielki). Tak więc uwielbiać znaczy dosłownie „czynić wielkim”, „wysławiać wielkość”.  Rdzeniem zdrowej modlitwy uwielbienia jest wysławianie w sercu wielkości Boga. Ten akt może być wyrażony poprzez spokojne słowa, bezsłowne trwanie lub emocjonalne gesty. Istotne znaczenie ma wewnętrzne uniżenie. Tylko człowiek, który w głębi serca uznaje się za małego i nie ma ambicji wielkości, może uznać wielkość  Boga. Znaczy to, że Bóg jest  prawdziwie uwielbiany tylko wtedy, gdy serce modlącego się jest przeniknięte pokorą. To wewnętrzne nastawienie jest ważniejsze od wszelkich zewnętrznych form ekspresji.

Istnieje jeszcze jeden fundamentalny wymiar „świętego uwielbiania”. Otóż Maryja nie zatrzymuje się na poziomie „własnej spontaniczności i twórczości”, ale  wypowiada  słowa, które są mocno zakorzenione w słowie Boga. W jej ustach z mocą wybrzmiewają Psalmy i różne odniesienia do Starego Testamentu. Zwłaszcza Psalmy są rewelacyjną formą i zarazem szkołą modlitwy uwielbienia. Z ich pomocą nasze uwielbienie nabiera duchowej głębi, wpisując się w wielowiekowy strumień wołania do Pana. Nie grozi wtedy emocjonalna powierzchowność. Zewnętrzna ekspresja uwielbienia staje się odzwierciedleniem głębokich uczuć. Odmawianie Psalmów, lub inspiracja nimi, jest także szczególną ochroną, wręcz swoistym „egzorcyzmem”, który chroni przed złymi myślami i różnymi diabelskimi atakami.

Tak więc specyfiką uwielbienia na wzór Maryi jest: uznanie wielkości Boga, pokorne uniżenie i zakorzenienie w słowie Bożym. Dzięki temu życie nabiera żywych barw. Emocje są też ważne, ale mają znaczenie drugorzędne, jako czynnik wspierający duchowe zjednoczenie z Bogiem.  

22 grudnia 2015 (Łk 1, 46-56)

Możliwe i niemożliwe



„To jest możliwe”… „To nie jest możliwe”… Od interpretacji tych dwóch myśli w dużej mierze zależy obraz naszego życia. Decyzje i działania, które podejmujemy,  są konsekwencją przekonań, które wcześniej utrwaliły się w naszym umyśle. W strategicznej kwestii „możliwości” wielka pułapka polega na powierzchownym myśleniu, które ogranicza się jedynie do dwóch opcji: „nic nie mogę” lub „wszystko mogę”. Z Ducha Bożego jest tylko trzecia opcja: „jedno mogę, zaś drugiego nie mogę".  

Gdy dominuje myślenie w stylu: „nic nie mogę”, wszystko pozostaje na poziomie „mojego rozumu” i „mojej mocy”. Istnienie „jakiejś Boskiej łaski” jest totalnie zanegowane. Widok rzeczywistych lub  wyobrażonych trudności trwale paraliżuje i pozbawia woli działania w upragnionym kierunku. Wielka ilość Bożych darów zostaje zmarnowana. Piękne propozycje przyjmowane są w stylu: „Pragnę, ale boję się”. Niemożliwość jest tutaj postrzegana jako to, co „ja w mej sytuacji” nie jestem w stanie zrobić. Tak więc także to, co jest możliwe dzięki Bożej interwencji, potraktowane jest jako niemożliwe do zaistnienia. Gdyby Maryja reagowała wedle tego schematu, nie otworzyłaby się na Ducha Świętego i cudowne poczęcie Jezusa nie mogłoby się dokonać.  Niektóre wspaniałe małżeństwa nie zaistniały, bo któraś ze stron bała się „podjąć rozmowę” lub rzeczywistą szansę potraktowała jedynie jako piękny sens.

W drugim przypadku pojawia się hurra-optymizm: „wszystko mogę”. Jest to skutkiem tzw. pozytywnego myślenia lub występuje błędne rozumienie Bożej wszechmocy. „Wszystko mogę, bo Bóg wszystko może”. Ale jest to niebezpieczne uproszczenie, które polega na przeciwstawieniu: złe „nie mogę” i dobre „wszystko mogę”. Otóż Bóg jest nieskończony, ale respektuje Przykazania, których przecież sam jest Stwórcą. Znaczy to, że istnieją „rzeczy niemożliwe”. Są to rozwiązania, które stają w sprzeczności z Bożymi Przykazaniami. Czyli, np. złożenie ważnej przysięgi małżeńskiej oznacza, że już nie można dążyć do małżeństwa z kimś innym. Diabeł przybiera nieraz postać anioła światłości i przewrotnie kusi, podsuwając myśl: „Możesz, bo wszechmocny Bóg pragnie Twego szczęścia”.  

Boże przeżywanie  „możliwego” i „niemożliwego” polega na właściwej interpretacji ewangelicznego zdania: „Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego” (por. Łk 1, 26-38). Doskonałym wzorcem wcielenia tych słów w życie jest postawa Maryi w scenie Zwiastowania. Przede wszystkim trzeba zauważyć, że anioł Gabriel nie sugeruje niczego, co byłoby sprzeczne z Przykazaniami. Stwierdzenie tego faktu jest wstępem do jakiejkolwiek dalszej rozmowy i współpracy. Gdyby duch, mieniący się aniołem, proponował np. bycie matką zbawiciela poprzez związek z jakimś „bosko zachwycającym” mężczyzną, ale już żonatym z inną kobietą, byłby to ewidentny dowód, że mamy do czynienia z diabłem. Ufne powiedzenie wtedy: „Dla Boga wszystko jest możliwe” byłoby tragicznym ulegnięciem pokusie.

Wobec Maryi anioł złożył propozycję, która wprawdzie totalnie przekraczała prawa natury, ale zarazem nie była to zachęta do złamania Bożych Przykazań. Tak więc warunek wstępny był spełniony. Następnie Maryja nie zatrzymała się na poziomie: „To nie jest absolutnie możliwe, bo ja tego sobie nie wyobrażam”. Pytanie: „Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?” nie było definitywną odmową z powodu braku naturalnych możliwości. To był przejaw trzeźwej weryfikacji przed zaangażowaniem się w „coś, czego nie rozumiem, a co jest możliwe, więc podejmuję”.  Ukoronowaniem tej mądrej logiki było powiedzenie przez Maryję  „radosnego tak” ze względu na wszechmoc Boga.

Maryja daje nam "świętą metodę", jak być człowiekiem mądrym i odważnym. Po otrzymaniu propozycji lub pojawieniu się myśli, sprawdzam zgodność z Bożymi Przykazaniami. Gdy takowa jest, nie koncentruję się na swych ograniczeniach, ale na Bożej wszechmocy.  Znaczy to, że zgadzam się w sercu, aby Bóg poprzez mnie realizował swój plan. Trwam w radości, że mogę być pokornym narzędziem w ręku Wszechmocnego Dawcy Szczęścia…   

21 grudnia 2015 (Łk 1, 26-38)

Jaki styl życia?

             
           Uczucia, których doświadczamy, zależą przede wszystkim od nas samych. Nie możemy głównej odpowiedzialności przerzucać na zewnętrzne otoczenie. Istotne znaczenie ma to, co stanowi centrum naszego życia. Jeśli najważniejsze jest „moje ja”, wtedy powstaje cała plejada autodestrukcyjnych uczuć. Najbardziej niszczy zazdrość, która wszelkie dobro odbiera i nic w zamian dobrego nie daje. Jest to chorobliwe dążenie do tego, aby „mieć więcej” lub „posiadać tylko dla siebie”. Wówczas wolność nie jest dawana drugiemu człowiekowi, ale odbierana. Przeżywane cierpienie nie pomaga wzrastać w miłości, ale wzmacnia egoizm i samopotępienie. W sercu narasta „piekło nie do zniesienia”, intensyfikowane przez Złego ducha.  

Jest to droga bez sensu, gdyż człowiek niszczy sam siebie i innych. O wiele lepiej podjąć przesłanie, które w czwartą niedzielę Adwentu przekazują nam Maryja i Elżbieta (por. Łk 1, 39-45). To najlepsza propozycja dla każdego, kto autentycznie pragnie otworzyć swe serce na Jezusa Chrystusa, jedynego Pana i Zbawiciela. Otrzymujemy genialną receptę, aby w swoim wnętrzu cieszyć się „niebiańską radością”. Na co warto zwrócić uwagę w postawie tych świętych kobiet?  

Jest to nastawienie, gdzie od „ja” ważniejsze jest „ty”. Maryja podejmuje bardzo trudną, wielodniową drogę, aby odwiedzić i wspomóc swą krewną Elżbietę. Czyni to nawet „z pośpiechem”.  Ale nie jest to nerwowy pośpiech zapędzenia, lecz intensywne i harmonijne pragnienie, aby jak najszybciej obdarować dobrem drugiego człowieka.  Szczytem duchowej czystości Maryi jest emanowanie dobrocią, która uobecnia się w osobie Ducha Świętego. Ewangelista zanotował: „Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę”.  

Nie chodzi o to, aby narzucać swoje „dobre ja”, lecz aby być przejrzystym pośrednikiem, poprzez którego może spływać Duch Święty.  W głosie Maryi była Boża obecność, która niejako uzewnętrzniała bogactwo jej miłującego wnętrza. Niejednokrotnie miłość jest mylona z posiadaniem.  W posiadaniu jest zawłaszczanie  drugiej osoby dla siebie; „ty” jest zniewalane przez „ja”. W miłości ma miejsce rezygnacja z siebie, aby drugi mógł być bardziej szczęśliwy; „ja” pomaga „ty” być bardziej wolnym. Taka postawa jest swoistą modlitwą, która sprawia, że Duch Święty zostaje przywołany i zstępuje. Zwykła rozmowa może sprawić, że wnętrze rozmówcy zostanie wypełnione niezwyczajną obecnością Ducha Świętego.  Warto prosić Maryję, aby nam wypraszała ten bezcenny dar.

Fascynująca jest także postawa Elżbiety. Nie jest ona skoncentrowana na swym „ja”, ale na „Maryjnym Ty”. Ten styl reagowania jest totalnym zaprzeczeniem zazdrości. Jest to zachowanie, gdzie dominuje radość z tego, że drugi człowiek otrzymał jakieś dobro. Niebiańska postawa charakteryzuje się zdolnością do cieszenia się z tego, że drugi człowiek został obdarowany. Pięknie wyraża to okrzyk Elżbiety w trakcie spotkania z Maryją: „Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona”. Te słowa wyrażały radość, że „Matka mojego Pana przychodzi do mnie”.  To wyznanie było wyrazem pokornego uznania, że  Maryja otrzymała „większy dar”, zostając Matką Pana wszechświata.

Przy takim podejściu nie ma zazdrosnego cierpienia, że drugi ma więcej. Wręcz przeciwnie, czyjeś większe dobro powoduje we mnie radość; szczerze cieszę się, że drugi otrzymał więcej niż ja. Nie ma tu także zazdrosnego zawłaszczania kogoś dla siebie. Ujawnia się proces odwrotny: potrafię odsuwać się, aby sobą nie przysłaniać i nie stawiać siebie na pierwszym miejscu. Elżbieta nie zabierała Bogu Maryi dla siebie, ale z radością chętnie ją wspierała w coraz głębszym zanurzaniu się w Bogu poprzez ufną wiarę. Jest to rewelacyjny drogowskaz dla każdego, zwłaszcza dla pustelnika. Jako pustelnik pragnę coraz bardziej znikać i być w samotności  jak niewidzialne powietrze. Zarazem pragnę cieszyć się radością, jakiej doświadczają ludzie, którzy mogą ze sobą być. 

20 grudnia 2015 (Łk 1, 39-45)