Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłosierdzie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłosierdzie. Pokaż wszystkie posty

Ryzyko miłości


Pięknie jest okazywać miłosierdzie… Jest to oznaka serdecznego współczucia. Cierpienie drugiego człowieka staje się moim cierpieniem. Uczynione dobro stanowi wsparcie dla potrzebującego. Obojętność jest smutnym objawem zatwardziałego serca. Ale to nie oznacza, że można naiwnie godzić się na próby wymuszania pomocy, emocjonalny szantaż i agresywne wykorzystywanie. Wtedy trzeba być asertywnym, aby nie stać się ofiarą przemocy, manipulacji i nieuzasadnionych roszczeń.  

                Gdy czynimy dobro, warto pamiętać, że reakcja zwrotna może przebiegać dwutorowo. Jedni ludzie potrafią docenić doświadczoną dobroć. Są szczerze wdzięczni i nie mają dalszych oczekiwań. To, co uzyskali, traktują jako niezasłużony „dar niebios”. Obdarowany, o takim sposobie przeżywania, potrafi odwdzięczyć się poprzez szlachetne uczucia w swym sercu. Podanie "trochę" nie powoduje żądania "więcej!". Gdy spotykamy się z taką postawą, możemy mieć pokój w sercu. Jeśli jest to możliwe, głęboki sens ma dalsze wsparcie. Istotne jest to, że u odbiorcy istnieje pokorna świadomość bycia obdarowanym. Ewentualna dalsza historia takiej współpracy wspierający-wspierany z pewnością będzie twórczo się rozwijać, w klimacie wzajemnego szacunku, życzliwości i wdzięczności.

                Niestety, niektórzy zachowują się całkowicie odmiennie. Zamiast wyrazić wdzięczność, formułują dalsze nieuzasadnione oczekiwania, pretensje, a nawet oskarżenia. Ta przedziwna reakcja jest spowodowana dominującą rolą egoistycznego i roszczeniowego „ja”.  Występuje tu „logika odwrócenia ról”. To znaczy wspomagany sprawia wrażenie, jakby czynił komuś łaskę, że bierze, nie widząc, że sam doświadczył łaski, otrzymując. Szkoda, że tak zachowujemy się nieraz nawet wobec Boga. Paradoksalnie, człowiek pomaga, a jest krytykowany, że powoduje cierpienie na skutek braku dalszego dawania.  Nie można ulegać takiej presji, gdyż to powoduje pogłębianie roszczeń i demoralizację. Współczucie polega tu na przeżywaniu bólu, że ktoś nie potrafi wdzięcznie cieszyć się z tego, co otrzymał, lecz cierpi na skutek niezaspokojenia swych kolejnych oczekiwań. Warto zauważyć, że diabły przeżywają piekielne cierpienia, choć zostały na początku niesamowicie obdarowane przez Boga. Zamiast wdzięcznie oddawać radosną chwałę Bogu, jak święci aniołowie, walczą z Bogiem, wysuwając pod Jego adresem wieczne oskarżenia i pretensje, nasączone bezmiarem goryczy.

                Roztropna pomoc zakłada podjęcie jakiejś miarodajnej wstępnej orientacji. Wiele światła daje nam ewangeliczny cud rozmnożenia chleba. Gdy dokładnie przeanalizujemy cały opis, bez trudu zauważymy, że w pierwszej części zgromadzony lud z uwagą słucha słowa Bożego.  Rozdawanie chleba nie miało miejsca od razu. Najpierw była długa nauka wygłoszona przez Jezusa na różne tematy. Dopiero ci, którzy wytrwali do końca, mogli potem otrzymać także dar fizycznego chleba. Zainteresowanie i cierpliwe słuchanie duchowych prawd było swoistym sprawdzianem, który wskazywał zasadność dokonania wielkodusznego cudu. To cenna sugestia, że chrześcijanin w pierwszej kolejności powinien wspierać tych, którzy na serio słuchają nauk Jezusa zawartych w Ewangelii. Udzielany chleb nigdy nie jest celem samym w sobie, ale ma za zadanie wesprzeć w przyjęciu Bożego Chleba, zwłaszcza w słowie Bożym i w Eucharystii.

Bezcenny jest także sposób, w jaki Jezus dokonał cudu. Dla wnikliwych obserwatorów była to wspaniała lekcja „wdzięcznej duchowości”. Otóż Jezus „wziąwszy pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo, odmówił błogosławieństwo” (por. Mk 6, 34-44). Centralne znaczenie ma odmówienie błogosławieństwa. Jezus błogosławił Boga Ojca za posiadane pięć chlebów i dwie ryby, co zaowocowało rozmnożeniem jedzenia, które wystarczyło dla tysięcy.

Niejednokrotnie trudno jest rozpoznać na początku, z kim mamy do czynienia. Gdy brak pewności, lepiej jest wielkodusznie wesprzeć niż zachowawczo nie pomóc. Byłoby tragicznym błędem zachować obojętność wobec dobrego człowieka, który jest w rzeczywistej potrzebie. Gdy czynimy dobro, pamiętajmy jednak, że podejmujemy „ryzyko miłości”. Ale warto! Nawet jeśli na ziemi skończy się to raniącym ukrzyżowaniem, po śmierci tym bardziej będzie nas czekać radosne Zmartwychwstanie. 

           8 stycznia 2016 (Mk 6, 34-44)
 

Przebaczyć sobie


Najtrudniej przebaczyć sobie samemu… Zwłaszcza wtedy, gdy konsekwencje popełnionych grzechów i błędów dają o sobie dotkliwie znać. Ten ból w głębinach duszy jest pierwotnym źródłem wielu późniejszych aktów nieprzebaczenia wobec innych ludzi. Myśli przybierają postać dręczących pytań: „Dlaczego zrobiłem tak, a nie inaczej?”, „Jak mogłam nie widzieć tego, co teraz wręcz poraża swą oczywistością?”.  W sercu powstaje złość na samego siebie, której powodem jest świadomość zaistniałej „straty” oraz przygnębiająca niemożność cofnięcia czasu. Uczucie bólu potęguje złudne wrażenie, że negatywne konsekwencje będą już trwać „na zawsze”.  Daje o sobie znać także syndrom „raju utraconego”.  To bardzo głęboki mechanizm psychologiczny i duchowy, który odzwierciedla tragedię grzechu pierworodnego.  Najpierw „raj był”, a potem z powodu grzechu „już raju nie było”. Do tego dochodzi specyfika działania szatana, który wpierw kusi do niewłaściwych rozwiązań, a potem dręczy myślami, wskazując „lepsze rozwiązania”, które powinny mieć miejsce. W ten sposób powstaje w duszy swoiste „egzystencjalne zakleszczenie”, które powoduje trwałe cierpienie na skutek  „zmarnowanego dobra” lub „zaprzepaszczonej szansy”.  

Powiedzmy szczerze, gdy człowiek pozostanie na poziomie takiego rozpamiętywania, skoncentrowany na sobie, będzie to oznaczać postępujący proces „piekielnego obumierania”, swoisty przypadek duchowego nowotworu złośliwego. Cóż więc robić, aby wydostać się z uścisku macek nieprzebaczenia sobie?

Dzisiejszy dzień daje nam dwie „gigantyczne odpowiedzi”.  Najpierw, jak co roku 8 grudnia, jesteśmy zaproszeni, aby kontemplować prawdę o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny. Maryja, na zasadzie łaski uprzedzającej, na mocy przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa, została od chwili poczęcia uchroniona od grzechu pierworodnego. Dlatego jest niepokalanie poczęta; wręcz jest „niepokalanym poczęciem”. Ten pierwotny dar został w pełni podjęty przez Maryję, czego pięknym owocem stał  się u niej brak jakiegokolwiek grzechu w ciągu całego późniejszego życia. Trzeba podkreślić, że Maryja wytrwała w łasce bezgrzeszności dzięki ciężkiej pracy duchowej, która wyrażała się w nieustannie ponawianym akcie wiary w bycie obdarowaną „bezgraniczną dobrocią Boga”.  Świetnie ilustruje to scena Zwiastowania, gdy prowadzi dialog z Archaniołem Gabrielem. Na zawołanie anielskie „Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami”, ostatecznie odpowiedziała: „Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa” (por. Łk 1, 26-38).  Heroizm duchowy Maryi polegał na tym, że koncentrowała się przede wszystkim na przyjęciu Bożej woli.

Takie rozumowanie to bezcenny fundament na drodze przebaczania sobie. Nie można zadręczać się „zawinionym brakiem czegoś”, ale trzeba przede wszystkim powtarzać sobie: „Przyjmuję to, co teraz mam”.  Od posiadanej wizji „swego ideału” ważniejszy jest konkretny fakt, który zaistniał za Bożym przyzwoleniem. Tylko z takim Maryjnym „niepokalanym przeżywaniem”, będziemy w stanie w pełni podjąć drugą „wyzwalającą odpowiedź”. A jaką?

 Otóż rozpoczynamy dzisiaj Nadzwyczajny Jubileusz Miłosierdzia, który będzie trwał aż do 20 listopada 2016 r. Inaugurując Rok Święty, Papież Franciszek otworzy w Bazylice św. Piotra w Watykanie Drzwi Święte, które staną się symboliczną Bramą Miłosierdzia. To wielkie zaproszenie, aby w tym wyjątkowym czasie łaski przyjąć prawdę, że Miłosierdzie Boże jest większe od każdego ludzkiego grzechu i błędu. Otwarte Drzwi symbolizują otwarte ramiona Miłosiernego Ojca, który pragnie przebaczyć nam wszystko, co zrobiliśmy niezgodnie z Jego wolą.

Z tego wynika niesamowite przesłanie. Skoro Bóg pragnie mi przebaczyć, to znaczy, że także sam sobie mogę bez żadnych obaw przebaczyć.  W ten sposób pięknie naśladuję Boga. Zarazem dopiero wtedy, kiedy sobie przebaczę jako winowajcy, mogę zacząć doświadczać Bożego przebaczenia. Dzięki temu skutki „przeszłego zła” zostają spożytkowane do „większego przyszłego dobra”.  Gdy przebaczam sobie, wtedy Miłosierdzie Boże wypełnia serce pokojem i nadzieją. Świadomość zaistniałej własnej ograniczoności i grzeszności przestaje dołować, stając się pomocnym środkiem do radosnego uwielbiania bezkresu Bożego Miłosierdzia. 

8 grudnia 2015 (Łk 1, 26-38)

Moc w niemocy


Ofiarować Bogu jak najwięcej… To piękne pragnienie. Ale w jego realizacji szybko natrafiamy na trudności.  Okazuje się, że jesteśmy bardzo ograniczeni i co rusz dają o sobie znać nasze słabości i grzechy. W logice światowej wielkość daru jest proporcjonalna do ilości ofiarowywanych dóbr. Im większa doskonałość i zasobność, tym lepiej. Na szczęście dla Boga sprawy wyglądają zupełnie inaczej. Nie jest najważniejsza zewnętrzna moc, ale wewnętrznie doświadczana niemoc. Gdy człowiek z serca, szczerze i pokornie powierza swą „kruchą maleńkość”, dla Boga jest to „solidna wielkość”.  Przychodzimy wtedy jako „puste naczynie”, które może być przez Boga wypełniane nadprzyrodzonymi łaskami. Ludzka niemoc staje się cennym środkiem do ujawnienia Bożej mocy. Bieda i bezradność nie powodują smutnego doświadczenia przekleństwa, lecz wyzwalają radosne poczucie błogosławieństwa.  

Prawda ta wynika ze słów, które Jezus wypowiedział w nawiązaniu do „jednego grosza”, który do skarbony świątynnej złożyła pewna uboga wdowa. Wielu bogatych składało znacznie większe sumy. Pomimo tego, Jezus stwierdził: „Ta uboga wdowa wrzuciła najwięcej ze wszystkich, którzy kładli do skarbony” (por. Mk 12, 38-44). Bogaci dawali bowiem to, co im zbywało. Ona zaś „ze swego niedostatku wrzuciła wszystko, co miała,  całe swe utrzymanie”. Epizod ten jest źródłem wielkiej nadziei zwłaszcza tam, gdzie bardzo łatwo pojawia się zwątpienie i beznadzieja. Bóg jest stwórcą wszystkiego. Tak naprawdę nie możemy nic ofiarować, czego byśmy wcześniej od Niego nie otrzymali. Wszelkie osiągnięcia niosą w sobie pokusę demonstracji własnej niezależności. Bóg  cieszy się najbardziej, gdy pokornie uznajemy i powierzamy Mu swe niepowodzenia i ograniczenia. Jest to wzruszający akt uwielbienia Boga. Zamiast ubolewać nad swymi słabościami, lepiej z wdzięcznością koncentrować się na Bożej Mocy, która wchłania i przeobraża naszą niemoc.

Dlatego nie załamujmy się z powodu naszych grzechów. Szatan wykorzystuje to, aby wzbudzić „dołujące uczucia i emocje”. Jezus zaprasza, aby właśnie wtedy ufnie rzucić się w Jego ramiona i zawołać: „Ofiarowuję Ci  moją nicość”. Jest to swoisty „skok” w bezmierną przepaść Jezusowej Obecności. Wówczas nawet w przypadku największego grzesznego upadku może rozbłysnąć jeszcze większe wywyższające Boże Miłosierdzie. By tak się  stało, niezbędne jest uznanie swej słabości i szczere skierowanie serca w stronę Boga. Wołanie „Panie, potrzebuję Ciebie” jest bez porównania cenniejszym darem aniżeli wykazywanie się swymi dokonaniami i osiągnięciami. Kto zachowuje się w ten sposób, uniemożliwia szatanowi dostęp do serca. Z wnętrza usuwane są pokłady pychy. W jej miejsce pojawia się pokora, będąca owocem wnikania do uniżonej duszy Bożej świętości.

Epizod z ubogą wdową jest źródłem wielkiej otuchy dla każdego, kto pragnie składać „dary miłości”. Znika ograniczenie w postaci aktualnie posiadanych dóbr materialnych i duchowych. Liczy się tylko stan woli oraz poziom wzbudzonego zawierzenia i wyzwolonej  miłości. Nawet zwykłe słowo i niepozorny gest mogą być dla Boga wielkim darem. Zarazem wielkie osiągnięcia, gdy są podszyte przekonaniem o swej doskonałości i potędze, niewiele znaczą w perspektywie wieczności.

Poważnym ostrzeżeniem jest duchowa sytuacja wielu ewangelicznych uczonych w Piśmie. Jezus stwierdza: „Strzeżcie się uczonych w Piśmie”. Ich wielki dramat duchowy polegał na tym, że słowo Boże było często sprowadzone do wiedzy dającej poczucie władzy i wyższości. To wielkie nieporozumienie. Mądrość polega na tym, aby z pomocą Pisma Świętego coraz bardziej pokornieć i z miłością służyć. Tylko wtedy lektura i znajomość świętych tekstów użyźnia serce i pozwala składać piękne dary miłości, będącej odzwierciedleniem Wiecznej Miłości. Uboga wdowa była bliżej Boga aniżeli wielu uczonych w Piśmie. Nie jest najważniejsza „bogata erudycja”, ale „biedna i ufna miłość”.

Panie Jezu, udzielaj nam Ducha Świętego, abyśmy odkrywali niezwykły cud Bożej Mocy w ludzkiej niemocy…         

8 listopada 2015 (Mk 12, 38-44)

Paradoks niedoskonałości


Paradoks koniecznej niedoskonałości… Pragniemy w danej chwili wykonywać różne rzeczy jak najlepiej, ale z perspektywy czasu często dostrzegamy, że byliśmy daleko od tego, co aktualnie postrzegamy jako doskonałość. Nieraz człowiek z niedowierzaniem chwyta się za głowę i pyta sam siebie: Jak ja mogłem coś takiego zrobić? Przecież to powinno wyglądać zupełne inaczej! To, co obecnie jawi się jako oczywistość, w przeszłości było pominięte lub nawet całkiem nie funkcjonowało jeszcze na poziomie świadomości. Powstaje nawet swoisty żal, że kiedyś człowiek nie wiedział i nie widział tego, co teraz wie i bez trudu dostrzega.

Ta prawidłowość dotyczy całokształtu życia. Wszak już w młodszym wieku musimy podejmować obowiązki, które będziemy realizować także w starszym wieku. Nawet jeśli od samego początku szczerze przykładamy się do pracy i tak to, co „wcześniej” będzie bardziej odległe od ideału niż to, co „później” (przy prawidłowym rozwoju). Ale gdyby człowiek czekał bezczynnie, aby stać się „starszym i mądrzejszym”, to przecież nie wykonałby koniecznych wcześniej zajęć i nie zyskałby praktycznego doświadczenia, dzięki któremu można wszystko stopniowo wykonywać coraz lepiej. Nawet gdy profesjonalnie coś jest dobrze wykonane, to pozostaje jeszcze ważniejsza kwestia duchowej postawy.  Jakże długa jest droga, która wiedzie od początkowego przekonania: „Ja wiem najlepiej” do późniejszej pokornej konstatacji: „Wiem, że prawie nic nie wiem”. Krok za krokiem od „płaskiej pychy” do „szczytów pokory”… Tak więc mamy swoisty paradoks. Pragnąc doskonałości, zawsze coś robimy niedoskonale…

Nie ma jednak innej możliwości. Potrzebny jest czas, aby mieć coraz głębsze rozumienia i coraz większe obszary doświadczenia. Bóg stworzył świat z takimi właśnie procesami. Gdy Jezus tłumaczył swym uczniom najważniejsze prawdy, początkowo niewiele lub wcale nie rozumieli. Na przykład po zapowiedzi, że „Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi”, Ewangelista tak określił reakcję uczniów: „Lecz oni nie rozumieli tego powiedzenia: było ono zakryte przed nimi, tak że go nie pojęli” (Łk 9, 43b-45).  

Wypływa z tego bardzo ważny wniosek, aby nie zamartwiać się swymi błędami, grzechami i wszelkimi niedoskonałościami z przeszłości, widzianymi w całej ostrości z aktualnej perspektywy. Kiedyś widocznie na tyle było stać nasz rozum i serce i Bóg to doskonale rozumie. Nie ma do nas pretensji o to, co było poza zasięgiem naszych możliwości. Nie ma co ubolewać nad przeszłością, ale wszystkie energie trzeba skoncentrować na rozsądnej reakcji w teraźniejszości. Teraz zaś najważniejsze jest to, aby „do bólu” uznać wszelkie minione niedoskonałości, wyciągnąć maksymalnie wnioski i dalej działać wedle tego, co w sumieniu doświadczamy jako najlepsze rozwiązanie.

Jeśli ktoś uważa, że w przeszłości wszystko robił bez zarzutu, to bez wątpienia ma mocny argument, aby delektować się doraźnie świetnym samopoczuciem. Ale lepiej nie ulegać takiej pokusie, gdyż tak naprawdę tego typu wnioski są głęboko zatrważające. Objawiają bowiem przynajmniej dwie potężne słabości. Przede wszystkim taki człowiek tkwi w iluzji swej nieomylności. Za doskonałość uważa bowiem coś, co w oczach Boga i ludzi jest nieraz nawet pogwałceniem podstawowych zasad moralnych i racji rozumowych. Po drugie zaś, nawet gdyby ileś rzeczy było rzeczywiście bardzo dobrze zrobionych, to ujawnia się smutny fakt braku rozwoju, w sensie profesjonalnym, a na pewno w znaczeniu duchowym. Wielcy święci, będąc już na szczytach duchowości, wciąż opłakiwali swe niedoskonałości. Nieustannie dążyli do coraz większej doskonałości, wyrażającej się w zjednoczeniu z Bogiem i w działaniu wedle nieskończonej Bożej mądrości i miłości.

Tak więc dziękujmy Bogu za wszelkie braki dostrzeżone w odniesieniu do przeszłości. Nigdy nie załamujmy się z tego powodu, lecz wsparci uzyskanym doświadczeniem i aktualną łaską głębszego rozumienia i widzenia w Duchu Świętym, odważnie zdążajmy ku Pełni Doskonałości…  

26 września 2015 (Łk 9, 43b-45)
 

Grzech i Miłosierdzie


Ludzki grzech i Boże Miłosierdzie… Jak postrzegać tę relację? Otóż Bóg jest zawsze miłosierny. Nieustannie zapewnia: „Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary” (por. Mt 9, 9-13). Niestety człowiek może prezentować skrajnie odmienne zachowania. Warto uświadomić sobie podstawowe modele reagowania, aby uniknąć licznych pułapek i jak najpełniej spotkać Jezusa Miłosiernego.

W pierwszym przypadku człowiek nie uznaje swojego grzechu lub uznawszy go, nie zamierza z tym nic konkretnego zrobić. „Bezgrzeszni” mówią: Po co się spowiadać, skoro jestem dobrym człowiekiem i nie grzeszę?. „Wielcy grzesznicy” stwierdzają: Tyle w życiu nagrzeszyłem i nadal grzeszę, że już nic nie jest w stanie mi pomóc. Nieraz mają miejsce „przygotowania”, które pozostają na poziomie „wiecznego” robienia rachunku sumienia lub ciągłego odkładania „na jutro”. Przy różnych tłumaczeniach efekt końcowy jest taki sam: Człowiek tkwi w grzechu, nie przyjmując uzdrawiającej mocy Bożego Miłosierdzia.

 Druga sytuacja wygląda zdecydowanie odmiennie. Tym razem początek jest bardzo dobry, gdyż grzechy zostają dogłębnie wyznane i zgładzone przez Boże Miłosierdzie. Ale potem pojawia się trudność, zwłaszcza w odniesieniu do czynów, które przeżywane są jako bardzo ciężkie grzechy. Otóż pomimo ich wyznania pamięć nieustannie jest nasycona poczuciem winy. Stąd przy kolejnych spowiedziach znów wyznawane są grzechy, które wcześniej już zostały przebaczone. Jest to najczęściej chore poczucie winy, splecione z niewiarą, że Boże Miłosierdzie realnie unicestwia grzech. Jeśli szatan dostrzeże tę słabość, wtedy intensyfikuje poczucie winy i doświadczenie „niezmywalnej plamy” we wnętrzu. Grzech pozostaje tu niejako na obrzeżach Miłosierdzia, które nie jest wewnętrznie wchłaniane.

Tego problemu nie ma przy trzecim sposobie przeżywania, gdzie zasadniczo wszystko przebiega do pewnego etapu w pełni prawidłowo. Człowiek szczerze uznaje swój grzech, a następnie ufnie przyjmuje Boże Miłosierdzie. Po otrzymaniu rozgrzeszenia serce wypełnia pokój i radość, że wyznane grzechy zostały na zawsze zgładzone i dusza ponownie staje się czysta i wolna! Jest to newralgiczny moment dla dalszego rozwoju duchowego. Otóż nieraz można spotkać się z tłumaczeniem, że po wyznaniu grzechów i otrzymaniu rozgrzeszenia „dany temat” należy uznać całkowicie za zamknięty. Oczywiście, grzechu już nie ma i nie należy do niego wracać w sensie czegoś aktualnego. Ale to nie oznacza, że człowiek powinien wymazać kwestię zwłaszcza poważnych grzechów w sensie absolutnym tak, jakby nic się nie wydarzyło. Takie zachowanie jest szkodliwe dla dalszego rozwoju duchowego, gdyż naraża duszę na wielki grzech pychy. To zjawisko jest najgroźniejsze wtedy, gdy po bardzo grzesznym etapie życia dokonało się nawrócenie. W nowych realiach szatan atakuje od innej strony, tworząc dyskretne przeświadczenie: Teraz już prawie nie grzeszysz i jesteś lepszy od innych.  

W pełni prawidłowe zachowanie ma miejsce przy czwartej postawie: która składa się z trzech zasadniczych części: uznanie grzechu, przyjęcie Bożego Miłosierdzia, pamięć o grzechach. Relacja grzech-Miłosierdzie wygląda tutaj podobnie jak poprzednio. A jak rozumieć kwestię pamięci o grzechu? Otóż chodzi o stan serca, który można nazwać pokornym opłakiwaniem swych grzechów. Zwłaszcza w odniesieniu do dużych wykroczeń trzeba zachować pamięć o upadku, który miał miejsce. Nie jest to chore poczucie winy, ale świadomość własnej słabości w związku z zaistniałym grzechem. Jestem wdzięczny Bogu, że wyzwolił mnie z grzechu, a zarazem pamiętam o swej kruchości i słabości. Wówczas dostrzeganie wielkich upadków u innych osób nie powoduje poczucia „jestem lepszy”, ale powstaje uniżona refleksja: „Ja też bardzo upadałem”. Pamięć o grzechu jest zdrową reakcją. Wzmacnia wdzięczność wobec Boga za Jego uzdrawiające Miłosierdzie, chroni przed pokusą pychy i pomaga wzrastać w pokorze. Gdy pamiętam, że upadłem, wtedy bardziej uważnie stoję i chodzę, aby ponownie znów nie upaść…

Panie Jezu, prowadź nas po pięknych i zarazem trudnych drogach Twego Nieskończonego Miłosierdzia...

21 września 2015 (Mt 9, 9-13)