Nie osądzajmy!...



Jeden z mnichów odchodził z tego świata. Na jego twarzy można było dostrzec serdeczny uśmiech. Promieniował ufnością. Pełen pokoju, oczekiwał śmierci, której bliskość wyraźnie już odczuwał. Taka postawa umierającego mnicha wielu wprawiła w głębokie zakłopotanie. Niektórzy wręcz byli zszokowani, że ułomna biedaczyna tak beztrosko przeżywa ostatnie chwile swego życia. Byli też tacy, którzy na poważnie sądzili, że po śmierci trafi on do piekła. Co było powodem tego zdziwienia, zmartwienia czy też zgorszenia?

Otóż umierający mnich miał bardzo dużo różnych słabości. Nieraz dowiadywano się o jego brakach i wadach, które zresztą sam chętnie podkreślał. Zwłaszcza „faryzejscy gorliwcy” nie mogli zdzierżyć ułomności w przestrzeganiu zapisów prawnych, które obowiązywały w monasterze. W takiej ogólnej atmosferze zatrwożenia i obawy, że staruszek trafi do piekła, w końcu jeden z mnichów, pełen zgorszenia, zapytał: „Ojcze, twoje życie dobiega kresu. Już zapewne wkrótce staniesz przed Bożym Sądem. Dobrze wiesz, jak bardzo byłeś grzeszny. A pomimo tego masz taki spokojny wyraz twarzy i nie widać po tobie żadnego lęku. Na twoim miejscu, bardzo bym się obawiał, że mogę trafić do piekła i jeszcze w tych ostatnich chwilach modliłbym się gorliwie o miłosierdzie do Wszechmogącego Boga!”.

Wiekowy mnich wysłuchał uważnie pouczenia ze strony  gorliwego w zewnętrznych praktykach mnicha, po czym serdecznie odpowiedział: „Tak, mój drogi, masz w pełni rację. Jestem bardzo grzeszny i nędzny. Jestem świadom mych wielorakich ułomności. Niestety, wiele grzechów w swym życiu popełniłem i jakże często nie byłem zbudowaniem dla innych. Ale coś bardzo ważnego pragnę ci powiedzieć. Pomimo wielu mych słabości, jednej rzeczy nigdy w życiu nie robiłem. Otóż nigdy w życiu nikogo nie osądzałem. Tak! Nigdy wobec żadnego człowieka nie wypowiedziałem słowa potępiającego osądu. Nasz Pan powiedział zaś: „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Bo takim sądem, jakim wy sądzicie, i was osądzą; taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą” (Mt 7, 1 n.). Jezus Chrystus zawsze dotrzymuje złożonych obietnic.  Tak więc skoro nikogo nie sądziłem, jestem spokojny i pewny, że sam też nie zostanę osądzony przez Boga na Sądzie Ostatecznym. Podobnie zaś na pewno postąpią wszyscy święci. Dlatego mam serce pełne pokoju i ufny uśmiech na twarzy”.

Ta bezcenna refleksja umierającego mnicha to prawdziwie drogocenna perła miłości i mądrości. To uprzywilejowany drogowskaz do Nieba. Niestety, wielu ludzi popełnia absurdalny życiowy błąd. Błąd polega na tym, że wielkie ilości energii inwestują w różnego rodzaju trudy, związane z przestrzeganiem moralności. Owocem tego jest rzeczywiście fakt zewnętrznego zachowania reguł i przepisów. Ale potem pojawia się w ich sercach potępiający osąd wobec tych, którzy są „gorsi”. W rezultacie potępiający człowiek traci wszystko, co wypracował.  Dlaczego? Człowiek, który osądza,  jest bowiem nieposłuszny słowu Jezusa na temat osądzania. Tak więc popełnia ogromny grzech nieposłuszeństwa. Stawia się w miejsce Boga Sędziego. Konsekwencją takiej pysznej i nieposłusznej postawy jest utrata wszelkich innych zasług. Przypomina to zachowanie człowieka, który mozolnie układał kolejne szkiełka witrażu, a potem swoim osądem całą wcześniejszą pracę rozbił, niczym uderzeniem młotka.

Z kolei, kto nawet ma wiele słabości, ale nie osądza, w pewien sposób ma tylko nieporadny początkowy witraż, ale i nic nie rozbija. Bóg, widząc pokorę i posłuszeństwo, sam ostatecznie na mocy swego Miłosierdzia udziela nadprzyrodzonego daru „upiększenia” witrażu na wieki!

Umierający mnich, tak naprawdę był świętym mnichem, który w swej słabości całą ufność złożył w Bożym Miłosierdziu. Dlatego mógł w głębokim pokoju umierać, mając pewność Bożego obdarowania na wieki. Nie sądźmy, abyśmy nie byli sądzeni…

23 czerwca 2014 (Mt 7, 1-5)