Słowo i cierpienie


            Tajemnica słowa… Wewnętrzny świat przeżyć i poszukiwań można wyrazić w słowie. Poprzez szczere i autentyczne słowo działa sam Chrystus, który jest Prawdą Wcieloną. Bardzo ważna jest adekwatność pomiędzy wewnętrznym światem i zewnętrzną ekspresją. Nie chodzi jednak o obiektywny profesjonalizm, ale o serdeczne „wkładanie serca”. Słowo, które rodzi się w ten sposób, jest swoistym źródełkiem, przy którym inni mogą znaleźć ukojenie, a nawet zaspokojenie pragnienia. Jest to możliwe nie dlatego, że człowiek staje się twórczym dawcą życia. To byłaby naiwna i pyszna deifikacja siebie. Życiodajną przyczyną jest Bóg, który dociera do serca poprzez wyrażoną prawdę.

Takie słowne źródło nie od razu wytryskuje. Właściwie potrzeba dużo czasu. Im dłużej woda gromadzi się w głębokich pokładach duszy, tym bogatsze i trwalsze będzie potem życiodajne działanie źródła. Warto pamiętać o osobach, którym wiele zawdzięczamy w dotychczasowej historii życia. Osoby te są szczególną drogą do Boga. Istnieje nawet swoisty paradoks. Otóż osoby, od których doznaliśmy dużo cierpienia, także mogą być wielkim darem. Nawet, gdy miały miejsce głębokie zranienia.

 Naturalnie rzecz biorąc, powinna pojawić się tendencja do wymazania z pamięci trudnych wydarzeń. Ale z Bożą łaską nawet największe zranienie może stać się niezwykle płodnym źródłem miłości i  mądrości. Tego nie da się wytłumaczyć na poziomie natury. Każdy, kto by chciał takie „przemiany” ująć w ramy rozumu, byłby naiwnym racjonalistą. Tylko Bóg jest w stanie przekształcić śmierć w bez porównania większe życie. Swoistym przejawem nadprzyrodzoności jest fakt, że doznane zranienie może nieraz cały czas krwawić, pomimo zaistniałego uzdrowienia serca. Jest to wtedy swoisty „wewnętrzny stygmat”, który służy Bożym planom.

Stygmat jest przedziwną rzeczywistością duchową. Ten uciążliwy upływ krwi wyzwala w człowieku niemiłosierny ból i wielorakie cierpienie. Jednocześnie krwawiąca rana staje się źródłem tego, co stanowi miłość, prawdę i piękno. Pomimo piekącego bólu, stygmat nie generuje moralnego zła. Zasadniczo znakiem uzdrowienia jest zanik bólu. Pozostaje co najwyżej blizna. Ale nie zawsze tak jest.  Wówczas cierpienie jest wciąż żywe. Ale łączy się tylko z dobrem, a nie ze złem. Jest znakiem, że nie została włożona maska obojętności. To może być np. ból raju nigdy nieprzeżytego. Ważne, aby nie pomieszać z rajem utraconym. Raj utracony odnosi się do czegoś, co było, a czego już teraz nie ma. Raj nieprzeżyty stanowi to, co nigdy nie zaistniało, choć jest głęboko upragnione.

Ważne, aby odważnie stawać wobec przeżywanej prawdy swego wnętrza. Wiele osób wkłada maskę stoika lub cynika. To zabija miłość. Raj dotąd nie przeżyty już nigdy nie zaistnieje na ziemi. Używając określenia „stygmat” w takim kontekście, nie chodzi o jakiekolwiek podkreślenie doznań człowieka, lecz celem jest wskazanie na działanie Boga. Człowiek doświadcza zranienia, które wywołuje nieprzerwany upływ krwi. Ale nie jest to krew, która wywołuje jakiekolwiek zło. Wręcz przeciwnie, wypływająca krew jest źródłem coraz większej miłości. W sercu rodzi się pragnienie zawołania: „O słodkie cierpienie”. Krew cierpienia zostaje przemieniona przez Boga w uszczęśliwiającą i płodną miłość.

W takim duchowym doświadczeniu, uzdrowienie nie prowadzi do powstania bezbolesnej blizny po dawnej ranie. Krew i ból pozostają. Uzdrowienie polega tu na pełnym i dobrowolnym przyjęciu zaistniałego cierpienia i sposobu jego „spożytkowania” przez Boga. Jest to akceptacja faktu, że krew będzie nadal płynąć. Rdzeniem uzdrowienia nie jest tu fizyczna zmiana, ale zaistnienie nowych pokładów miłości. Cierpię i kocham coraz bardziej. Najpełniej jak potrafię łączę swą ludzką krew z Najświętszą Krwią Jezusa Chrystusa. W ten sposób każda kropla krwi, która wypływa ze mnie, poprzez zjednoczenie z Krwią Chrystusa, służy Chrystusowi w dziele zbawienia ludzkości…  

1 lipca 2015 (Mt 8, 28-34)