Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mądrość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mądrość. Pokaż wszystkie posty

Trzy strategie


           Żyjemy w realiach doczesności… Niezależnie od konkretnej drogi życiowej, wszyscy podlegamy oddziaływaniu otaczającego świata. Warto mieć pewną fundamentalną strategię reagowania. Dzięki temu unikniemy wielu niebezpieczeństw, nie zmarnujemy cennych szans i będziemy mieć większą łatwość w podejmowaniu konkretnych decyzji i sposobów zachowania.

Najpierw warto dostrzec dwie postawy, które nie są zgodne z realistycznym przesłaniem Ewangelii.  Pierwsza z nich nacechowana jest naiwnością i nonszalancją. Świat jawi się jako bezpieczne miejsce, gdzie nie ma poważnych zagrożeń. Oczywiście docierają informacje o różnych przestępstwach i krwawych czynach, ale to wszystko wydaje się odległe i abstrakcyjne. Zwłaszcza wcześniejsze doświadczenie ludzkiej dobroci utwierdza w przekonaniu, że można do wszystkich ludzi wychodzić z „sercem na dłoni”. Przy takim patrzeniu wszyscy ludzie sprawiają wrażenie „dobrych owieczek”, które na pewno mnie nie skrzywdzą. Realizowane są różne piękne plany i formy pomocy, które zakładają u każdego odbiorcy dobrą wolę. Niestety, takie rozumowanie jest poważnym błędem! Przede wszystkim trzeba pamiętać, że szatan działa. A to oznacza, że nawet największe dobro może stać się przedmiotem złego ataku. Deprawacji może ulec także ludzkie serce. Konkretnie oznacza to, że różne dobre inicjatywy będą traktowane przez niektórych jako okazja do realizacji swych nieuczciwych, egoistycznych i nawet zabójczych planów. Efektem naiwnej dobroci jest przebiegłe zło, którego można było uniknąć. Diabeł wykorzystując miłość, przemyca „śmiertelne żądze”, a nawet „karabiny nienawiści”. 

W drugim przypadku ma miejsce sytuacja całkowicie odmienna. Jest to konsekwencja uprzednich bolesnych doświadczeń i zranień lub rezultat tkwienia w różnych przestępczych strukturach. Tym razem w punkcie wyjścia ludzie definiowani są jako podłe i przebiegłe wilki, do których trzeba podchodzić z wielką ostrożnością. Każdy człowiek jest postrzegany jako potencjalny przestępca. To wyzwala podejrzliwość i zachęca do prewencyjnego stosowania przemocy. Logika jest prosta. Skoro inni ludzie są złymi wilkami, to trzeba być przygotowanym na „wilczy atak”. W praktyce przekłada się to na dwa modele reagowania. Bardziej powszechne jest zakładanie pancerza obronnego i wrogość. W centrum zainteresowania nie jest wtedy pomoc drugiemu, ale troska o ochronę własnego dobra. Przy poważniejszych formach zła pojawia się strategia ataku w myśl zasady: „żeby zniszczyć wilka, trzeba samemu być silniejszym wilkiem”. Przy czym ten wewnętrzny wilk jest często maskowany przy pomocy „owczych pozorów”. Nie ma tu miłości, lecz walka sprzeczna z zasadami Ewangelii. 

Cóż więc robić? Świetną propozycję otrzymujemy od Jezusa, który potrafił doskonale połączyć życiowy realizm z dobrocią serca. Gdy pewnego razu wysyłał swych uczniów na misję, udzielił następujących zaleceń: „Idźcie, oto was posyłam jak owce między wilki. Nie noście ze sobą trzosa ani torby, ani sandałów” (por. Łk 10. 1-9). Genialne ustawienie widzenia świata! Otrzymujemy „wizję bazową”, która ma trzy zasadnicze wskazania. Po pierwsze, trzeba pamiętać, że w świecie są wilki. Oczywiście nie wszyscy, tylko niektórzy. Ale przecież żeby być zagryzionym nie potrzeba całego stada wilków. Wystarczy kilka lub tylko jeden, aby paść ofiarą. Tak więc trzeba mieć się ogólnie na baczności. Po drugie, samemu należy pozostać owcą. Jest to popularna metafora, która wskazuje na konieczność zachowania dobrego serca. Jezus zachęca, aby zło świata zwyciężać poprzez radykalną wiarę w moc czystej miłości. Po trzecie, taka propozycja jest realistyczna tylko wtedy, gdy będziemy opierać się na Bogu, a nie na sobie. „Nie brać trzosa” jest symbolicznym zaproszeniem, aby całą ufność pokładać w Bożej opatrzności i miłości. Chrześcijanin ma trzeźwą świadomość zła, które jest obecne w świecie zranionym przez grzech. Z tego powodu jednak nie dezerteruje, lecz odważnie podejmuje dzieła dobroci. Nie jest to samodzielna walka, lecz pokorne bycie narzędziem w ręku Jezusa. Chrystus, jako Boski Pan Wszechświata, ma moc niszczyć zło i skutecznie budować cywilizację miłości…

26 stycznia 2016 (Łk 10. 1-9)



Ryzyko miłości


Pięknie jest okazywać miłosierdzie… Jest to oznaka serdecznego współczucia. Cierpienie drugiego człowieka staje się moim cierpieniem. Uczynione dobro stanowi wsparcie dla potrzebującego. Obojętność jest smutnym objawem zatwardziałego serca. Ale to nie oznacza, że można naiwnie godzić się na próby wymuszania pomocy, emocjonalny szantaż i agresywne wykorzystywanie. Wtedy trzeba być asertywnym, aby nie stać się ofiarą przemocy, manipulacji i nieuzasadnionych roszczeń.  

                Gdy czynimy dobro, warto pamiętać, że reakcja zwrotna może przebiegać dwutorowo. Jedni ludzie potrafią docenić doświadczoną dobroć. Są szczerze wdzięczni i nie mają dalszych oczekiwań. To, co uzyskali, traktują jako niezasłużony „dar niebios”. Obdarowany, o takim sposobie przeżywania, potrafi odwdzięczyć się poprzez szlachetne uczucia w swym sercu. Podanie "trochę" nie powoduje żądania "więcej!". Gdy spotykamy się z taką postawą, możemy mieć pokój w sercu. Jeśli jest to możliwe, głęboki sens ma dalsze wsparcie. Istotne jest to, że u odbiorcy istnieje pokorna świadomość bycia obdarowanym. Ewentualna dalsza historia takiej współpracy wspierający-wspierany z pewnością będzie twórczo się rozwijać, w klimacie wzajemnego szacunku, życzliwości i wdzięczności.

                Niestety, niektórzy zachowują się całkowicie odmiennie. Zamiast wyrazić wdzięczność, formułują dalsze nieuzasadnione oczekiwania, pretensje, a nawet oskarżenia. Ta przedziwna reakcja jest spowodowana dominującą rolą egoistycznego i roszczeniowego „ja”.  Występuje tu „logika odwrócenia ról”. To znaczy wspomagany sprawia wrażenie, jakby czynił komuś łaskę, że bierze, nie widząc, że sam doświadczył łaski, otrzymując. Szkoda, że tak zachowujemy się nieraz nawet wobec Boga. Paradoksalnie, człowiek pomaga, a jest krytykowany, że powoduje cierpienie na skutek braku dalszego dawania.  Nie można ulegać takiej presji, gdyż to powoduje pogłębianie roszczeń i demoralizację. Współczucie polega tu na przeżywaniu bólu, że ktoś nie potrafi wdzięcznie cieszyć się z tego, co otrzymał, lecz cierpi na skutek niezaspokojenia swych kolejnych oczekiwań. Warto zauważyć, że diabły przeżywają piekielne cierpienia, choć zostały na początku niesamowicie obdarowane przez Boga. Zamiast wdzięcznie oddawać radosną chwałę Bogu, jak święci aniołowie, walczą z Bogiem, wysuwając pod Jego adresem wieczne oskarżenia i pretensje, nasączone bezmiarem goryczy.

                Roztropna pomoc zakłada podjęcie jakiejś miarodajnej wstępnej orientacji. Wiele światła daje nam ewangeliczny cud rozmnożenia chleba. Gdy dokładnie przeanalizujemy cały opis, bez trudu zauważymy, że w pierwszej części zgromadzony lud z uwagą słucha słowa Bożego.  Rozdawanie chleba nie miało miejsca od razu. Najpierw była długa nauka wygłoszona przez Jezusa na różne tematy. Dopiero ci, którzy wytrwali do końca, mogli potem otrzymać także dar fizycznego chleba. Zainteresowanie i cierpliwe słuchanie duchowych prawd było swoistym sprawdzianem, który wskazywał zasadność dokonania wielkodusznego cudu. To cenna sugestia, że chrześcijanin w pierwszej kolejności powinien wspierać tych, którzy na serio słuchają nauk Jezusa zawartych w Ewangelii. Udzielany chleb nigdy nie jest celem samym w sobie, ale ma za zadanie wesprzeć w przyjęciu Bożego Chleba, zwłaszcza w słowie Bożym i w Eucharystii.

Bezcenny jest także sposób, w jaki Jezus dokonał cudu. Dla wnikliwych obserwatorów była to wspaniała lekcja „wdzięcznej duchowości”. Otóż Jezus „wziąwszy pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo, odmówił błogosławieństwo” (por. Mk 6, 34-44). Centralne znaczenie ma odmówienie błogosławieństwa. Jezus błogosławił Boga Ojca za posiadane pięć chlebów i dwie ryby, co zaowocowało rozmnożeniem jedzenia, które wystarczyło dla tysięcy.

Niejednokrotnie trudno jest rozpoznać na początku, z kim mamy do czynienia. Gdy brak pewności, lepiej jest wielkodusznie wesprzeć niż zachowawczo nie pomóc. Byłoby tragicznym błędem zachować obojętność wobec dobrego człowieka, który jest w rzeczywistej potrzebie. Gdy czynimy dobro, pamiętajmy jednak, że podejmujemy „ryzyko miłości”. Ale warto! Nawet jeśli na ziemi skończy się to raniącym ukrzyżowaniem, po śmierci tym bardziej będzie nas czekać radosne Zmartwychwstanie. 

           8 stycznia 2016 (Mk 6, 34-44)
 

Mądre milczenie


Tak wiele sporów, waśni, kłótni i konfliktów… Świat przypomina jeden wielki plac boju. Bardzo smutne, że agresywne zdania padają nie tylko pomiędzy różnymi grupami ludzi, ale także w domach. Szukając jak najlepszego rozwiązania trudności, warto dostrzec trzy charakterystyczne sytuacje.

Pierwsza z nich ma wydźwięk pozytywny. Zaistniały problem nie jest pretekstem do tego, aby pod adresem drugiej strony kierować oskarżenia. Ma miejsce spokojna wymiana rzeczowych argumentów. Prezentowane racje nie są zainfekowane „oskarżycielską trucizną”.  Jest to spotkanie dwóch „dobrych światów”, które szczerze szukają lepszego rozumienia wieloaspektowej prawdy. Dialog dobra z dobrem zawsze ma sens. Wyrażane dobro nie jest bowiem manipulowane, ale staje się cennym budulcem w konstruowaniu gmachu wzajemnego zrozumienia. Najdoskonalsza sytuacja jest w przypadku modlitwy. Wszystko, co powiemy Bogu, na pewno zostanie zanurzone w Miłości i przeobrażone w możliwie najlepsze owoce.

Sprawy wyglądają całkowicie odmiennie, gdy jedna strona atakuje lub występuje wzajemny atak. Specyfika „wojennej konfrontacji” polega na tym, że prezentowane racje przeobrażają się w oskarżenia, pretensje i wypominanie. Ewentualnie „czyste argumenty” jednej strony trafiają w „przestrzeń złej manipulacji” u odbiorcy. Dobre słowo jest traktowane jako materiał do tego, aby je wykorzystać do wzmocnienia oskarżenia lub sformułowania nowych oskarżeń. Najgorzej, gdy ludzkie zło jest wzmacniane przez oddziaływanie diabła. Wówczas nawet „święte racje” są zinterpretowane jako „upostaciowanie grzeszności”.

Świadomość takiego procesu jest bardzo ważna dla osób, które mając dobre serce, spotykają się z oskarżycielskim atakiem, podsycanym przez diabła. Często występuje naiwność, która wyraża się w chęci szczerej rozmowy. W podtekście jest oczekiwanie, że na zasadzie dialogu prezentowane racje spotkają się z racjonalnymi odpowiedziami. Niebezpieczny błąd! Mówiąc obrazowo, odpowiedzią na ufnie wyciągniętą dłoń nie będzie wtedy przyjacielski uścisk drugiej dłoni, ale wrogie odreagowanie. Istnieją jedynie dwie wersje: brutalny cios pięścią lub niszczycielskie rażenie w białych rękawiczkach. Dlatego w takich przypadkach próba rozmowy nie ma sensu, a wręcz pogarsza sytuację. Co w takim razie czynić?

Cenną inspiracją jest zachowanie Jezusa, gdy dowiedział się o uwięzieniu Jana Chrzciciela. W Ewangelii czytamy: „Gdy Jezus posłyszał, że Jan został uwięziony, usunął się do Galilei” (por. Mt 4, 12-17. 23-25). Takie zachowanie dla „bojowników” wszelkiej maści może być zaskakujące. Dlaczego brakło słownego wystąpienia przeciwko Herodowi w obronie uwięzionego Jana? Co więcej, Jezus usunął się w miejsce bardziej spokojne na prowincji, odległe od niebezpiecznej Jerozolimy. Czyżby zalękniony uciekł?  Nic z tych rzeczy. Mistrz pokazuje najgłębszą duchową strategię, która polega na tym, że człowiek nie podejmuje konfrontacji z „nadmiarem zła” poprzez słowny bój, ale poprzez milczenie. To bezcenna duchowa broń, która wymaga jednak wielkiej pokory i zaufania do Boga.

Człowiek, spotykając się ze złem, najczęściej ma chęć argumentować swe dobre racje. Z tego pragnienia trzeba nieraz zrezygnować. Podjęcie milczenia jest racjonalnym działaniem, które pozwala uniknąć pogorszenia sytuacji. Brak słów sprawia, że nie jest dostarczany materiał, który potem byłby zmanipulowany i wykorzystany do intensyfikacji oskarżeń. Jednocześnie milczenie jest środkiem do złożenia ufności w Bożej Opatrzności. Rezygnuję ze swojego ludzkiego słowa, aby Bóg wypowiedział swoje Boże słowo. Uznaję swoją niemoc i całą nadzieję pokładam w mocy Boga. Zwłaszcza wtedy gdy działa szatan, tylko Bóg może poradzić sobie z perwersją zła i jego wielką siłą rażenia. Milczenie pozwala zachować pokój serca. Dzięki temu dusza jest podatna na działanie Ducha Świętego, który obdarza potrzebną dobrocią i miłością. Uzasadnione milczenie nie powoduje pogłębiania wrogiej przepaści, ale służy budowaniu przyjacielskiego pomostu. Taki brak słów nie tworzy „dzielącej konfrontacji”, ale pomaga w tworzeniu „jednoczącego współdziałania”. Boże milczenie nigdy nie jest przeciwko komuś, ale dla dobra kogoś i dla dobra wspólnego.

Panie Jezu, ucz nas trudnej sztuki mądrego milczenia. 

          7 stycznia 2016 (Mt 4, 12-17. 23-25)
      

Wyobraźnia i wola Boża


Umiejętność przewidywania… Klucz do zwycięstwa! Nie chodzi o bycie jasnowidzem, ale o trzeźwe dostrzeganie relacji pomiędzy przyczynami i skutkami. Jeśli stoimy na betonowej posadzce i upuścimy delikatny szklany przedmiot, to z pewnością się potłucze. Akurat w tym przypadku negatywny skutek nie jest trudny do przewidzenia. Niebezpieczne uwarunkowania są tu bowiem wyraziste i aktualnie obecne.

Istnieje jednak sytuacja egzystencjalna o wiele bardziej skomplikowana, która w praktyce jest u źródeł wielu ludzkich dramatów. Tym razem w istniejących  aktualnie realiach nie ma żadnego niebezpieczeństwa. Co więcej, występują nawet bardzo sprzyjające i atrakcyjne czynniki dla realizacji określonego przedsięwzięcia. Niestety, uwarunkowania mogą ulec zmianie i w nowej sytuacji cały efekt uprzednio zrealizowanej pracy zostanie zniszczony. Wielki błąd polega na tym, że w teraźniejszości nie jest brane po uwagę to, co z dużym prawdopodobieństwem może wydarzyć się w przyszłości. Krótkowzroczność jest z reguły spowodowana powierzchownością i płytkością myślenia. Nie brane są pod uwagę głębsze zależności, które choć doraźnie niewidoczne, w przyszłości zadziałają z potężną mocą.

Bardzo dobrze ilustruje to pewna kwestia w Palestynie. Otóż w okresie letnim można spotkać  liczne piaszczyste wąwozy, które bardzo ładnie się prezentują i są łatwo dostępne. Gdyby ktoś zdecydował się postawić  budynek w takim miejscu, swój projekt mógłby szybko zrealizować i przez pewien czas z pewnością cieszyłby się pięknym krajobrazem. Cała pułapka polega jednak na tym, że te wysuszone kotliny w rzeczywistości są korytami wartkich potoków. W okresie zimowym padają silne deszcze i wówczas  puste koryta wypełniają się gwałtownymi potokami i zrywają się silne wichry. W rezultacie domek postawiony letnią porą w takim miejscu byłby w porze zimowej z pewnością zniszczony.

Dlatego bardzo ważne, aby maksymalnie uruchamiać wyobraźnię. Wielkie znaczenie ma myślenie głębokie, które jest w stanie przewidzieć przyszłe skutki aktualnych działań w aspekcie określonych uwarunkowań.  Kto bierze „dziwnie” atrakcyjny w danej chwili kredyt, musi zdawać sobie sprawę, że zapewne istnieje „kruczek”, w wyniku którego „dzisiejszy duży zysk” okaże się „jutrzejszą jeszcze większą stratą”. Oczywiście bez porównania ważniejsza jest kwestia związków małżeńskich. Niestety, niektórzy podejmują małżeńską decyzję  jedynie w oparciu o światową atrakcyjność. Po pewnym czasie boleśnie odkrywają, że „pełnia piękna” jest tak naprawdę zmanierowaną „pustką dobra”.

Mądry budowniczy nigdy nie budował w Palestynie domu na obszarze wyschniętego potoku, lecz w miejscach, które posiadały porządne skaliste podłoże. Początkowo wymagało to zwiększonego nakładu pracy, który doraźnie sprawiał wrażenie bezsensownego. Ale po wielu miesiącach uwzględnienie przyszłych uwarunkowań przynosiło owoc. „Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom. On jednak nie runął, bo na skale by utwierdzony” (por. Mt 7, 21-27).

Kto realizuje swe przedsięwzięcia na Bożych podstawach, ten najprawdopodobniej nie zbankrutuje nawet  przy poważnych zmianach sytuacji. Jeśli chodzi o małżeństwo, istotne znaczenie ma ślub wierności aż do śmierci. Dlatego mądrze postępuje ten, kto buduje swój związek w oparciu o głębokie uwarunkowania. Fizyczność jest tylko „wstępem”.  Sednem jest zestaw cech wewnętrznych. Nie jest przypadkiem, że osoby mądre niejednokrotnie wiążą się z osobami, które nie spełniają wymogów „światowej atrakcyjności”. Wiedzą, co robią! Od iluzorycznego szczęścia, które przemienia się w przekleństwo, wolą realne dobro i Boże błogosławieństwo.

Nie jesteśmy w stanie wszystkiego przewidzieć. Życie jest zbyt złożone. Ale istnieje pewna genialna metoda. Przecież Bóg wszystko wie i zawsze pragnie nam dobrze doradzić. Dlatego warto po prostu postępować zgodnie z przykazaniami, aplikowanymi zgodnie z sumieniem do konkretnych sytuacji życiowych. W ten sposób idziemy drogą woli Bożej. Jezus zaś obiecuje: „kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie”, „wejdzie do królestwa niebieskiego”… Miejmy wyobraźnię i budujmy na skale woli Bożej.  

3 grudnia 2015 (Mt 7, 21-27)

Wzrost czy upadek?


Życie to nie bajka… Lepiej nie żyć w naiwnym przekonaniu, że wszystko na pewno „jakoś” zakończy się happy endem… Przed każdym ludzkim istnieniem rysuje się realna perspektywa pięknego rozwoju lub przerażającego rozpadu. Człowiek  w miarę upływu lat wznosi się coraz wyżej „ku duchowym szczytom” lub coraz bardziej stacza się „na moralne dno”. Poziom punktu startowego wcale nie jest najważniejszy. Istotne znaczenie ma kierunek, w jakim przebiega proces ludzkiego życia; następujące po  sobie wybory i decyzje. Egzystencjalny koloryt kolejnych dni najpełniej zależy od tego, czy rozpoznajemy „czas naszego nawiedzenia”. A cóż to takiego?

Określenie to dotyczy relacji pomiędzy naszym życiem i Bogiem, który przychodzi w Jezusie Chrystusie.  Sprawa jest ekstremalnie poważna. Cały problem świetnie ukazuje postawa i słowa Jezusa, który zbliżając się do Jerozolimy, aby definitywnie wypełnić Boży plan, „na widok miasta zapłakał nad nim” (por. Łk 19, 41-44). To był głęboki szloch, który wyrażał wielki ból serca, że Jerozolima nie rozpoznała tego, „co służy pokojowi”. Jakże przedziwny paradoks i zarazem przejmująca tragedia! Miasto, którego nazwa oznacza „miasto pokoju”, nie zrealizowało swego pokojowego powołania, lecz radykalnie się jemu przeciwstawiło. Jezus, Książę Pokoju, nie został przyjęty, aby obdarzyć nieskończonym Boskim Pokojem, lecz otrzymał wyrok śmierci. Rezultat tego radykalnego odrzucenia okazał się niszczący w skutkach. Jezus wyraził to w proroctwie: „Powalą na ziemię ciebie i twoje dzieci z tobą i nie zostawią w tobie kamienia na kamieniu za to, żeś nie rozpoznało czasu twojego nawiedzenia”.  Około roku 70. proroctwo to całkowicie się spełniło. Jerozolima została otoczona przez wojska rzymskie. Dookoła usypano wał ziemny, a następnie na zasadzie coraz bardziej zaciskanego pierścienia zniszczono doszczętnie kolejne dzielnice; niemalże dosłownie „kamień na kamieniu” nie pozostał.

W tradycji duchowej Jerozolima jest symbolem ludzkiej duszy. W ten sposób możemy ujrzeć jak na dłoni to, co czeka nasze życie w zależności od dokonywanych wyborów. Ostatecznie istnieją tylko dwie możliwości. Jeśli nie przyjmiemy Jezusa, skażemy się  na zniszczenie. Dlaczego? Przede wszystkim odrzucamy dar Bożego pokoju. Skutkiem tego jest wewnętrzny niepokój, który powoduje „domino” złych wyborów. Wówczas podejmowane decyzje coraz bardziej niszczą wewnętrznie i pogrążają zewnętrznie. Następnie brak Jezusa w sercu powoduje, że człowiek wystawia się na pożarcie mocom demonicznym, które „konsumują” „miło” lub „brutalnie”.  „Kamień na kamieniu” w ludzkiej duszy nie zostaje. Diabeł jest tym, który dzieli nie tylko zewnętrzny świat, ale przede wszystkim doprowadza do totalnego wewnętrznego rozbicia, zagubienia i unicestwienia. Kto odrzuca Boga w Jezusie, ten pozbawiony Bożej ochrony skazuje się na zniszczenie przez szatańskie moce zła.

Gdy przyjmiemy Jezusa, wtedy zostajemy nasyceni Bożym pokojem. W miarę upływu czasu ten „święty pokój” owocuje w postaci dobrych decyzji, które umożliwiają wzrost wewnętrznej integracji i harmonii. Wnętrze jest przenikane coraz większym poczuciem bezpieczeństwa i odwagą w konfrontacji z życiowymi wyzwaniami. Tym razem Jezus zamieszkuje w duszy. Dzięki temu żaden demon nie jest w stanie wejść do serca. Chrystus, Boski Zbawiciel, odpiera najpotężniejsze ataki zła. Nawet gdy nieraz ciało jest zniszczone, dusza tym bardziej zostaje uświęcona i zwrócona ku Niebu. „Kamień na kamieniu” pozostaje w duszy, tworząc piękną duchową budowlę.

Przy okazji warto pamiętać, aby przy wszelkim konstruowaniu wszystko powierzać Jezusowi. Gdy budowałem kamienny mur pustelniczy, każdy kładziony kamień w sercu ofiarowałem Jezusowi. Gdy umrę, te „duchowo zjednoczone” kamienie pozostaną jako jedno wielkie uwielbienie Boga, który został w Jezusie Chrystusie w pełni przyjęty i umiłowany. To niezwykłe doświadczenie duchowe odczuwać w sercu, jak poprzez przesiąknięte modlitwą kamienie w murze, okalającym Erem, Jezus nasyca wewnętrznym pokojem i chroni przed atakami demonów.

Nie przeoczmy naszego czasu nawiedzenia przez Jezusa…         

19 listopada 2015 (Łk 19, 41-44)