Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bruno Kartuz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bruno Kartuz. Pokaż wszystkie posty

Myśli i modlitwa


„Jak ty komu, tak on tobie”… Ta prawidłowość trafnie opisuje większość wzajemnych odniesień pomiędzy ludźmi. W wymiarze widzialnych czynów sprawa jest raczej oczywista. Dobry czyn wyzwala spontanicznie zwrotną życzliwość. Agresja generuje chęć agresywnej odpowiedzi. Potrzeba duchowego wysiłku, aby na złe zachowanie zareagować  w dobry sposób.

Warto uświadomić sobie, że  podobne zależności istnieją także w przypadku myśli odnośnie drugiej osoby. Nie chodzi o słowne wyrażanie ich wzajemnie przed sobą. W punkcie wyjścia sprawa dotyczy myśli, które pozostają jedynie w obrębie umysłu człowieka, który je wzbudza. Otóż już na tym elementarnym poziomie jeśli ja myślę dobrze o drugiej osobie, to ta osoba zostaje niejako pozytywnie nastrojona, aby zwrotnie także dobrze o mnie myśleć. Analogicznie w przypadku zła. Tym razem mając w sobie złe myśli odnośnie kogoś powoduję, że ta osoba zostaje niejako sprowokowana, aby odpowiedzieć złymi myślami. Tak więc dobra myśl wzbudza dobrą, zaś zła myśl złą. Oczywiście nie chodzi o jakieś typowo mechaniczne reakcje w sensie „myśl za myśl”, ale o pewną „zwrotną tendencję myślową”.

Z faktu tych zależności wynikają bardzo ważne wnioski. Jeśli w myślach oskarżamy kogoś lub przyzwalamy na trwanie w swym sercu złośliwych osądów, wówczas możemy spodziewać się, że u osądzanej osoby pojawi się pokusa podobnych myśli wobec nas. Jeśli nastąpi ulegnięcie tej pokusie, wówczas staniemy się ofiarą oskarżeń i osądów, które tak naprawdę sami pierwotnie wyzwoliliśmy. Co więcej, może zadziałać efekt „lawiny śnieżnej”, czyli nasza niewielka zła myśl o kimś przeobrazi się potem w wielką złą myśl o nas. Najgorzej, gdy do akcji wkroczy Zły duch, który jest „specjalistą” w wyolbrzymianiu wszelkich oczernień i oskarżeń.

Tak  więc jeśli nie chcemy, aby nas oskarżano i osądzano w myślach, sami tego nie czyńmy. Nie rzucajmy „samobójczego  bumerangu złych myśli”. W tym kontekście mądrze jest brać winę na siebie w różnych sytuacjach, gdzie doświadczamy pokusy, aby w myślach kogoś obwiniać. W ten sposób nie uruchamiany złowrogiego sprzężenia zwrotnego w postaci intensyfikacji obwiniających nas myśli zwrotnych. Najlepiej mieć zawsze dobre myśli o drugim człowieku. Tylko na tym zyskamy, gdyż owocem takiej postawy będzie generacja dobrych myśli zwrotnych o nas lub przynajmniej osłabienie jakiejś narastającej „złej fali”.

Patron dzisiejszego dnia, św. Bruno Kartuz,  całym sercem zaprasza, aby mieć dobre serce. Warto wiedzieć, że jego motto życiowe brzmiało: „O Bonitas!” czyli „O dobroci!”. Ten piękny styl życia był owocem postawy kontemplacyjnej i umiłowania „dobrych rozmyślań” w oparciu o słowo Boże.  Nawiązując do ewangelicznego spotkania Marii i Marty z Jezusem, św. Bruno pisał o kontemplacji w jednym z listów: „To jest owa część najlepsza, którą Maria obrała i której nie będzie pozbawiona”. Tak! Jeśli chcemy być autorami jedynie dobrych myśli i dzielnie odpierać pokusę złych, naśladujmy Marię, która „siadła u nóg Pana i przysłuchiwała się Jego mowie” (por. Łk 10, 38-42). Wsłuchiwanie się i wczytywanie się w słowo Jezusa sprawia, że jesteśmy nasączani Bogiem. A przecież Bóg jest Absolutnym Dobrem.  Działanie też jest ważne, ale powinno być budowane na uprzedniej kontemplacji. Jeśli działanie jest na pierwszym miejscu, wtedy łatwo ulegamy niepokojowi, że z czymś nie zdążymy. Efektem powstałego rozdrażnienia jest brak pokoju w sercu i w konsekwencji łatwe uleganie złym myślom.

Na szczęście ewangeliczna Marta nie zatrzymała w swej głowie pretensjonalnych myśli odnośnie Marii, ale zwróciła się z nimi do Jezusa. To świetny wzorzec. Zamiast złego myślenia, lepiej o wszystkim mówić Jezusowi i z serca modlić się za osobę, z którą nam trudno. Kto modli się za innych, sam doświadczy jeszcze większej modlitwy zwrotnej za siebie… 

6 października 2015 (Łk 10, 38-42)

Prawdziwa radość


Prawdziwa radość… Jak jej doświadczyć? Czy wesoła twarz wystarczy? A może pozornie smutne spojrzenie skrywa radosny skarb? Pytania te dotykają sensu istnienia. Wszak życie bez radości jest mocno przytłaczające. Co rusz wznoszą się ciężkie i gęste opary pesymizmu. Najgorzej, gdy wszystko spowija beznadziejny smutek i nieodparte poczucie, że życie ludzkie jest jednym wielkim absurdem. Jakże ten bezsens boli i odbiera wszelką chęć do porannego wstawania…  

Smutek nie jest czymś naturalnym. Dlatego spontanicznie dążymy do radości. Ale… Jeśli obierzemy błędną drogę, to pierwotna „radosna kraina” zamieni się w późniejszą „strefę przygnębienia”.  Dzieje się tak, gdy na pierwszym miejscu są umieszczone złudne dobra tego świata. Wtedy nawet najbardziej fascynująca osoba, ekscytująca rzecz lub imponujące stanowisko po pewnym czasie przeobrażą się w zwykłą codzienność, która przestaje cieszyć, a nawet zaczyna niszczyć. Konsekwencją tego jest coraz bardziej ciążące smutne trwanie lub pogoń za nowym źródłem radosnych bodźców, aby ponownie doświadczyć utraconej „życiowej adrenaliny”. W ten sposób nigdy jednak nie dotrzemy do autentycznej radości, do której każdy człowiek jest przeznaczony. Cóż więc robić?  

Warto skorzystać z rady, którą św. Bruno Kartuz daje swemu przyjacielowi: „Przenieś się od burzy tego świata do bezpiecznego i cichego portu”. Tak! Pierwszym krokiem na dobrej drodze jest opuszczenie świata i wejście do „bezpiecznego i cichego portu”. Jest to przejście od myślenia światowego do sposobu życia, gdzie Bóg realnie jest najważniejszy. To recepta dla wszystkich, którzy pragną odnaleźć  prawdziwą radość. Nawet pozostając zewnętrznie w strukturach świata, można być radosnym chrześcijaninem, czyli człowiekiem, który wewnętrznie opuścił światową hierarchię wartości i żyje wedle zasad Ewangelii.

Co więcej, jeśli taka wola Boża, wzorem św. Brunona można także fizycznie opuścić „burzę świata” i po akcie swoistej śmierci egzystencjalnej zamieszkać w niezwykłej przestrzeni, która nazywana jest pustelnią. Jest to miejsce, gdzie Bóg nie tylko zajmuje pierwsze miejsce, ale w pewien sposób staje się Jedynym. Tak wielki dar wymaga wielorakiej rezygnacji. Ten proces jest bolesny, gdyż dobra światowe, które powierzchownie dotąd cieszyły, przestają istnieć. Ale dzięki temu ogołoceniu Bóg może wypełniać serce swą uszczęśliwiającą Obecnością. „Ileż zaś samotność i cisza pustelni niesie miłośnikom swoim pożytku i boskiej radości, wiedzą ci tylko, którzy tego doświadczyli” (św. Bruno).  Boska radość jest darem, który jest udzielany przez Ducha Świętego. W Ewangelii znajdujemy doskonały wzorzec w osobie samego Jezusa: „W tej właśnie chwili Jezus rozradował się w Duchu Świętym” (por. Łk 10, 17-24). Każdy z nas jest zaproszony, aby doznawać podobnej radości, której autorem jest ten sam Duch Święty. Im większy dar, tym potrzeba większej determinacji, aby go przyjąć. Możemy być jednak pewni, że opuszczenie świata i solidna praca w „porcie”, w pustelni lub pozostając zewnętrznie w świecie, zostanie sowicie wynagrodzona. Św. Bruno zapewnia:   „Tu za trud bitewny odpłaca Bóg swoim bojownikom upragnioną nagrodą, pokojem właśnie, którego nie zna świat i radością w Duchu Świętym”.

W tej radości można wyróżnić niejako trzy stopnie. Najpierw chodzi o satysfakcję z tego, co się nam udaje w sensie wykonywanych czynności. Następnie jest szczęście, które płynie z faktu, że jesteśmy zjednoczeni z Bogiem jako Jego przyjaciele. Wreszcie szczytem jest nasycona uwielbieniem rozkosz uczestniczenia w wewnętrznym życiu samego Boga. Im bardziej jesteśmy pokornymi i posłusznymi prostaczkami , tym obficiej Duch Święty wypełni nas Boską radością. Przy czym istotny jest stan serca. Twarz może mieć różny wygląd, w zależności od temperamentu osoby i sytuacji. Pamiętajmy: Gdy Jezus na Krzyżu umierał, miał wyraz twarzy pełen bezgranicznego cierpienia, w sercu jednak doświadczał nieskończonej radości w Duchu Świętym, uwielbiając Boga Ojca…

Prawdziwa radość istnieje… Warto otwierać swe serce na Boga, jak najszerzej i jak najpełniej…  

3 października 2015 (Łk 10, 17-24)

Z Brunonem ku Wieczności



             Dzisiejszy dzień, to być może ostatni dzień mojego życia. Bogu dziękuję, że każdego poranka jestem coraz bardziej świadom tej pięknej prawdy. W sercu, jako prosta konsekwencja, rodzi się pytanie, które pewien uczony w Prawie zadał Jezusowi: „Nauczycielu, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?” (Łk 10, 25). Choć ów człowiek pytał jedynie po to, aby wystawić Jezusa na próbę, to jednak treść pytania jest rewelacyjna. Prawdziwie dotyka istoty rzeczy. Na szczęście istnieje wielu ludzi, którzy to pytanie zadają z jak najszczerszą intencją poszukiwania najlepszej odpowiedzi. Do tego grona w szczególny sposób należy patron dzisiejszego dnia, św. Bruno Kartuz. Sprawy ostateczne miał zawsze przed swymi oczyma, zwłaszcza w pustelniczym okresie życia. Moja wdzięczność wobec tego wielkiego świętego jest bezgraniczna. Jest głównym patronem na drodze prowadzonego przeze mnie życia pustelniczego. Jak to się stało?

W pewnym okresie życia zacząłem doświadczać przełomu egzystencjalnego. Czułem głębokie, wewnętrzne przekonanie, że powinienem odejść ze świata zaangażowania duszpasterskiego i akademickiego, i w ogóle od świata. Bóg coraz bardziej wołał, aby zgodzić się na śmierć, która da nowe życie. Po trwającym kilka lat procesie duchowego ogałacania, w sercu zrodziło się głębokie pragnienie życia pustelniczego. Głos sumienia mówił wyraźnie: umrzyj dla świata, twoim powołaniem jest samotność w pustelni.  Niestety, pragnienie to spotkało się z głębokim niezrozumieniem. Podkreślano, że po odbytych studiach z filozofii, powinienem służyć jako wykładowca i naukowiec. Potężna presja moralna i psychiczna. Byłem egzystencjalnie „walcowany wzdłuż i wszerz”. Aż straciłem chęć do jedzenia czegokolwiek. Ale głód, i kontrolowane wycieńczenie fizyczne, pomaga jeszcze ostrzej i jaśniej widzieć duchową prawdę, złożoną przez Boga w sanktuarium sumienia.

W tych samotnych zmaganiach, wróciły wspomnienia o mnichach kartuskich, których spotkałem w trakcie kilku lat pobytu w Szwajcarii. Duchowy ojciec tego czcigodnego zakonu pustelniczego, św. Bruno Kartuz, był jednym z najwybitniejszych średniowiecznych wykładowców. Młodzież z całej Europy ciągnęła do Reims we Francji, aby posłuchać mistrza o nieprzeciętnych walorach intelektualnych i duchowych. I oto w pewnym momencie, rzecz niebywała i szokująca dla otoczenia. Ów wybitny wykładowca zrezygnował z nauczania i innych duszpasterskich zaangażowań. Postanowił obrać drogę życia pustelniczego.  Po wstępnych poszukiwaniach, założył pustelnię nieopodal Grenoble we Francji, znaną obecnie jako klasztor Wielkiej Kartuzji. Posłuszny papieżowi, ostatni okres życia spędził jako pustelnik nieopodal miejsca, gdzie obecnie znajduje się klasztor kartuzów w Serra san Bruno w Kalabrii, we Włoszech. Kościół potwierdził świętość życia Brunona.

W ten sposób odkryłem w historii Kościoła przypadek kapłana, wykładowcy, który zrezygnował z kariery akademickiej i obrał drogę pustelniczą. Kościół potwierdził, że taki wybór nie był czymś złym, ale czymś wręcz bardzo dobrym na drodze do świętości. Znalazłem bezcenny punkt odniesienia, jasno promieniująca latarnia pośród gęstych ciemności wielorakich presji. Zyskałem głęboki wewnętrzny pokój, że pragnienie drogi pustelniczej nie jest pokusą, ale stanowi najczystsze wezwanie, które pochodzi od samego Ducha Świętego. Skoro tak niezwykły człowiek, jak św. Bruno, zrezygnował z wykładania i został pustelnikiem, to tym bardziej jest to właściwe w przypadku mnie, który intelektualnie i duchowo nawet do dolnej części podeszwy buta mu nie dorastam. Tak! Wiedziałem,  że już nikt i nic nie wyrwie mi z serca tego Pustelniczego Wezwania, którego Autorem jest sam Bóg. Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam?! 

W ten sposób św. Brunon zamieszkał w najgłębszych pokładach mojego życia. Stał się dla mnie patronem i najważniejszym przewodnikiem w życiu pustelniczym, na drodze do Wieczności. Jeśli jutro rano nie będzie tekstu, to najprawdopodobniej będzie to oznaczać, że umarłem… 

Św. Brunonie, módl się za nami…   

6 października 2014 (Łk 10, 25-37)