Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wolność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wolność. Pokaż wszystkie posty

Wolność od opinii


            „Co sobie o mnie pomyśli?”… „Co ludzie powiedzą?”… Tego typu obawy generują u niektórych osób „tony” trwożliwych myśli. Lęk przed opinią jakiejś osoby, jakiegoś środowiska lub bliżej nieokreślonej społeczności działa jak katorżnicze kajdany…

 Rdzeń problemu polega na tym, że człowiek pragnie zaprezentować jak najlepszy obraz własnej osoby. Zarazem daje o sobie znać niepokój, że ten wizerunek może wypaść negatywnie. W sercu powstaje strach, że ze strony ważnego dla nas „sędziego” otrzymamy „wyrok skazujący”, który brzmi: „Jesteś zły”, „Jesteś do niczego”. Przedmiotem oceny, która budzi zamartwienie, jest ogólna postawa moralna, sprawowane odpowiedzialności, kompetencje zawodowe lub umiejętność robienia czegoś. To bardzo mocna walka duchowa. Pragnienie bycia postrzeganym „jako dobry” ściera się z obawą, że jednak zostanę uznany „jako zły”. Przy czym najdotkliwiej kwestia opinii ujawnia się w powiązaniu z osobą, której pogląd ma dla nas bardzo ważne znaczenie. Postrzegamy ją jak „boską wyrocznię”, która orzeka o poziomie naszej dobroci. Dobra opinia działa jak „błogosławiony akt stwórczy”, który napełnia życiem i utwierdza w istnieniu. Zwłaszcza u osób niepewnych swej wartości, stwierdzenie: „Jesteś najważniejszy” wywołuje efekt podobny do środków dopingujących. Zła opinia z kolei powoduje efekt „przeklętej egzekucji”, która podłamuje i uśmierca. Zdanie: „Jesteś najgorszy” może nawet „roztrzaskać istnienie” i wpędzić w depresję.   

Strach przed ludzką opinią to destrukcyjna niewola. W ten sposób skazujemy się na bardzo „niebezpieczną huśtawkę”. Przecież dzisiejsze pochwały mogą jutro zamienić się w potępienia. Wtedy przeżywana radość „bycia kimś” zamieni się w koszmar „bycia nikim”. Zarazem negatywne osądy często są głęboką nieprawdą, która bezpodstawnie rani i powoduje niepotrzebne „przejmowanie się”.  

W tym świetle zrozumiała staje się postawa Jezusa w Nazarecie. Gdy pewnego razu przemówił w synagodze, początkowo „wszyscy przyświadczali Mu i dziwili się pełnym łaski słowom, które płynęły z ust Jego” (por. Łk 4, 21-30). Ale Jezus nie dał się złapać na ten „haczyk dobrej opinii”. Pozostał niewzruszony wobec ludzkich zachwytów. Wręcz przeciwnie, wypowiedział trudną prawdę, sprzeczną z oczekiwaniami, która spowodowała gwałtowną zmianę klimatu. W rezultacie ludzie, którzy wcześniej byli „powierzchownie zadziwieni”, chwilę potem wyprowadzili Go na urwisko, „aby Go strącić”. Gdyby Jezus chciał za wszelką cenę przypodobać się, straciłby wolność mówienia prawdy. Musiałby głosić i robić tylko to, czego słuchacze oczekują. Z kolei naiwne zachłyśnięcie się dobrą opinią przy chęci mówienia prawdy spowodowałoby bardzo szybko bolesne rozczarowanie, krytykę i załamanie poczucia swej wartości. 

Dlatego Jezus uniezależnił się od ludzkich osądów. Nie był niewolnikiem opinii jakiegokolwiek człowieka, nawet z najbliższej rodziny. Jedynym, absolutnym kryterium wartościowania był dla Niego Bóg Ojciec. Warto naśladować Mistrza w tej wielkiej mądrości. To najlepsza droga, aby zachować w sercu trwały pokój. Nie oznacza to braku szacunku dla ludzi. Wręcz przeciwnie! Jeśli słucham Boga, to wtedy dopiero prezentuję postawę, która prawdziwie przeniknięta jest miłością do drugiego człowieka. 

Jak ćwiczyć wewnętrzną wolność wobec ludzkiej opinii? Warto zwrócić uwagę na dwa typy zachowań. Gdy spotykamy się z pochwałami i „dowartościowującymi ocenami”, wtedy trzeba to wszystko w sercu od razu przekazywać Bogu i mówić: „Panie, to na Twoją chwałę!”. Z kolei gdy doświadczamy lekceważenia lub wręcz pogardy, nie należy biadolić i ubolewać, lecz trzeba bardzo się cieszyć. Takie sytuacje to wielka pomoc w procesie ogołocenia i oczyszczenia. Ludzkie „niedowartościowanie” to zbawienna mobilizacja, aby jeszcze goręcej rzucić się w ramiona Boga Ojca, który na pewno nam powie: „Jesteś moim ukochanym dzieckiem”. W ten sposób możemy wzmacniać naszą absolutną zależność jedynie od „Boskiej Opinii”.  Bóg zawsze utwierdzi nas w poczuciu zdrowej wartości siebie oraz w szacunku do innych ludzi. W ten sposób stajemy się wewnętrznie wolni.

Oddychajmy coraz pełniej wolnością w Bogu!

           31 stycznia 2016 (Łk 4, 21-30)


Wyzwalająca samotność


Powołanie do samotności... do milczenia...To niesamowite zaproszenie ze strony Boga. Otwiera się niezwykła perspektywa… Wielka szansa, aby poczuć tajemnicze tchnienie Wiecznej Wolności pośród zniewalającej doczesności. Absurdy przestają przesłaniać cały horyzont istnienia, zyskując co najwyżej rangę marginalnej grudki.

W klimacie modlitwy i pokuty pustynia pozornego bezsensu staje się bujną oazą sensu. Wchodzimy w całkowicie odmienny paradygmat myślenia. Brak stałej obecności drugiego człowieka tuż obok nie powoduje cierpienia, ale rodzi w sercu szczere uczucie wdzięczności. Dobrze, że tak właśnie jest. Brak osoby, z którą można porozmawiać, nie osłabia, lecz wzmacnia. Wielorakie przeżycia nie rodzą oczekiwania, aby ktoś w końcu wysłuchał. To cenny skarb nie móc do nikogo powiedzieć: "Jesteś moja", "jesteś mój". Bogactwem jest nikogo nie oczekiwać w sensie współobecności, która zastąpi nieobecność. Wszelkie posiadanie, w wymiarze ludzi lub rzeczy, wyzwala nieznośny ból braku Absolutu. Dzięki samotnemu trwaniu minimalizacji ulega ryzyko męczenia swoją obecnością w iluzorycznym poczuciu uszczęśliwiania sobą. Pustelnia pozwala zniknąć z horyzontu ludzkich spojrzeń. To fascynujące uczucie mieć pewność, że nikogo nie męczę swoim widokiem i mówieniem. Zarazem dzięki samotności życiodajna cisza może harmonijnie falować, bez niepotrzebnych rozproszeń, które usiłują wejść w miejsce Wielkiej Ciszy.  

Świat na to patrzy zupełnie inaczej. Także ludzie rezygnujący ze świata, ale żyjący we wspólnotach, mają inną percepcję rzeczywiści. Pustelnicza samotność działa niczym lustro dające odwrotne widzenie doczesności. Dzięki temu odwróceniu odzyskujemy właściwy obraz Wieczności. Dyskretnie otulająca pustka ma w sobie jakąś przedziwną „moc stwórczą”. Otaczający od zewnątrz niebyt powoduje wyzwolenie we wnętrzu doświadczenia pełni Bytu. Całymi godzinami można trwać w samotnym milczeniu: modląc się, pracując, pisząc, czytając, rozmyślając. Wyjątkowy urok ma proste trwanie w teraźniejszości, bez przeszłości i przyszłości. Nikim nie byłem. Nikim nie będę. Ale to nie przeszkadza, aby teraz być w Kimś Nieskończonym. Im bardziej jestem nikim, tym bardziej Wielki Nieobecny przenika mnie swą Wieczną Obecnością. Patrzenie na pustelniczy mur jeszcze bardziej wzmacnia wyzwalające wrażenie bycia na bezludnej wyspie. Zmienia się całkowicie postrzeganie rzeczywistości. To, co dla człowieka w społeczeństwie jest często niechcianym ciężarem, w pustelni staje się kojącą ulgą. To, co w świecie jest upragnionym dobrem, tutaj generowałoby miażdżące udręczenie.

„Pójdźcie za Mną, a sprawię, że staniecie się rybakami ludzi” (Mk 1, 14-20). Te słowa Jezusa mają fundamentalne znaczenie dla pustelnika. W sumie każdy człowiek, który dobrowolnie podejmuje samotność i milczenie, może odnaleźć w tym zaproszeniu zbawienny program życiowy. Skok w samotność nie oznacza zakwestionowania wartości ludzkich. Jest to rezygnacja z fizycznej obecności drugiego człowieka, aby móc w całkowitej wolności skoczyć w „egzystencjalną przepaść”, skąd dochodzi mistyczny głos: „Pójdź za Mną”. Po ludzku to czyn skandalicznie bezsensowny. Po Bożemu to akt wiary, którego nad-sens przekracza sens wszelkich „ludzkich mądrości”. Skoro Jezus wzywa, aby umrzeć, to widocznie ta śmierć jest potrzebna. Wszak On sam dał najdoskonalszy przykład godząc się na bycie ukrzyżowanym, aby dać zbawienie całej ludzkości. Odsłaniając malutki skrawek misterium, można powiedzieć, że poprzez uśmiercający skok w milczenie i samotność brud egoistycznego „ja” może być intensywniej zmywany. Dzięki temu dusza efektywniej staje się przejrzystym oknem, poprzez które mogą docierać do świata promienie Boskiego Istnienia.

Znaczy to, że konkretne ludzkie serca otrzymują dar wewnętrznego doświadczania Boga. Takiego duchowego owocu nie jest w stanie „wyprodukować” najgenialniejsza ludzka aktywność.  Ależ święty paradoks! Gdy człowiek w posłuszeństwie Jezusowi odchodzi od ludzi, wtedy poprzez zaistniałą milczącą samotność staje się rybakiem ludzi. Bez fizycznego kontaktu ludzkie serca otrzymują łaskę, która pozwala otwierać się na miłującą obecność Boga. Ta prawda może być zrozumiała tylko dla tego, kto ma w sobie niezbędne światło Ducha Świętego. 

          11 stycznia 2016 (Mk 1, 14-20)
 

Autentyczna wolność


Wolność … To wartość, która obecnie jest bez wątpienia „na topie”. Dla wielu ludzi jest ona wręcz fundamentem całego życia. Walka o godność osoby ludzkiej rozumiana jest wtedy jako bezwzględne prawo do bycia wolnym człowiekiem. Warto mieć świadomość, że ta współczesna „wolnościowa wrażliwość” ma u źródeł nauczanie Jezusa Chrystusa.  Przy czym dokonało się tragiczne przeformułowanie istotnych rozumień.   

Otóż wolność została zredukowana jedynie do wolnego wyboru. Prawo do wybierania pomiędzy dwiema możliwościami stało się celem samym w sobie. Wszelkie wartości moralne i duchowe, zwłaszcza miłość i prawda, zyskały co najwyżej status środka do tego „boskiego celu”. W powiązaniu z tym Bóg Dekalogu zaczął być postrzegany jako „moralny ogranicznik”, wręcz jako zaprzeczenie wolnościowych pragnień człowieka. Dokonało się przedziwne „poprzestawianie wszystkiego”, które ostatecznie można wytłumaczyć jedynie istnieniem szatana, uosobionego zła.

Prawda jest taka, że Bóg kocha ludzką wolność, którą przecież sam stworzył. Nie będzie przesadą powiedzieć, że Bóg jest wręcz zafascynowany udzieloną nam wolnością. Jest to święty atrybut, który bardzo głęboko tłumaczy sens naszego istnienia na ziemi. Żyjemy po to, aby w pełni świadomie i dobrowolnie dokonać wyboru kształtu naszej wieczności. Ale nic na siłę! Przy czym sama słowna deklaracja nie jest miarodajna. Niezbędna jest decyzja w najgłębszych pokładach naszego istnienia. Bóg nie chce nam narzucać Siebie. Królestwo Boże może być udziałem tylko tych, którzy wręcz gwałtownie je zdobywają, angażując  całą swą egzystencję. Jest to radykalnie odmienne podejście od światowej strategii marketingowo-politycznej, gdzie człowiek jest wręcz przymuszany, aby wybrał dany produkt lub opowiedział się za określoną opcją. Jest to pokłosie oddziaływania Złego, który przymilnie kusi, aby potem oferowaną pozornie wolność zamienić w realnie zniewalające zawładnięcie.

Bóg mówi jasno: „Jeśli chcesz ze mną być, musisz podjąć gwałtowny trud, wręcz do przelania krwi”. To nie jest jakiś bezsensowny wymóg, ale niezwykłe uszanowanie udzielonego nam prawa wyboru. Tylko wtedy, gdy z całą gwałtownością opowiadamy się za Bogiem, zachodzi pewność, że jest to autentyczne pragnienie wejścia do królestwa Bożego. W tradycji monastycznej i pustelniczej starcy, do których ludzie przychodzili, nieraz bardzo długo nie otwierali drzwi. Niektórzy przychodzący niecierpliwili się i odchodzili. Powodem takiego postępowania starców nie był jednak brak miłości, lecz właśnie ogromna miłość i wielki szacunek do wolności. Chodziło o to, aby zbawienną poradę otrzymali tylko ci, którzy pragną jej „aż do szpiku kości”. Kto nie czekał do końca, znaczy, że tak naprawdę „z całego serca” tej rady nie chciał. W ten sposób jego wola została uszanowana. W tym kontekście wyjątkowego sensu nabiera zdanie wypowiedziane przez Jezusa: „A od czasu Jana Chrzciciela aż dotąd królestwo niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowi zdobywają je” (Mt 11, 11-15). Człowiek gwałtowny oznacza tu tego, który całym sercem pragnie być w królestwie Bożym. „Boży gwałtownik” dokonuje radykalnego wyboru życia, które oparte jest na Dekalogu. W ten sposób wolność objawia się jako głęboki wewnętrzny wybór Boga. Zdolność wyboru nie jest celem samym w sobie, ale środkiem, aby zjednoczyć się z Bogiem.

Jan Chrzciciel jest wspaniałym przykładem takiej postawy. Jego „głos na pustyni” był zewnętrznym odzwierciedleniem całkowitej wewnętrznej „determinacji ku Bogu”. W tym sensie „między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela”. Ale to jeszcze nie wszystko. Specyfiką królestwa Bożego jest nadprzyrodzone obdarowanie przez Jezusa Chrystusa, w odpowiedzi na uprzednie radykalne „chcę” i „pragnę”. W ten sposób każdy, kto wolnym sercem przyjmuje miłość Jezusa, doświadcza większego bogactwa duchowego aniżeli człowiek, który pozostaje jedynie na poziomie szlachetnego wyboru dobra lub wiary w Boga, bez przyjęcia pełnego przesłania Ewangelii.

Wybierajmy „gwałtownie” Jezusa, a będziemy doświadczali wolności totalnej, ukoronowanej Chrystusową Miłością…      

10 grudnia 2015 (Mt 11, 11-15)

Miłość wymagająca


Prawdziwa miłość jest wymagająca… Nie chodzi o bezsensowne obciążenia, ale o sensowne wymogi, które pomagają nieść życiowe ciężary. Miłość pokazuje prawdę, która chroni przed staczaniem się w dół i mobilizuje do tego, aby wznosić się ku górze. Fundamentalne znaczenie ma widzenie rzeczywistości w szerszej i dalszej perspektywie. Niejednokrotnie dobrem jest to, co przy krótkowzrocznym spojrzeniu  wydaje się być złem. Warto o tym pamiętać, słuchając nauczania  Jezusa, które  zawsze jest wyrazem najwyższej miłości, będącej  pomostem pomiędzy doczesnością i wiecznością; zwłaszcza wtedy, gdy wola Boża w pierwszej odsłonie budzi sprzeciw i jest całkowicie niezrozumiała w kontekście jedynie doczesnego świata.  

Jezus jest Bogiem i Człowiekiem.  Dlatego pragnie  być w życiu człowieka absolutnie na pierwszym miejscu. Nawet  rodzice i najbliższe osoby nie mogą być obdarzani większą miłością. Nie jest to zniewalająca  zaborczość, ale wyzwalające i chroniące obdarowanie. Gdy Jezus jest najbardziej kochany, wtedy serce wypełnia się Boską miłością, która umożliwia czynienie najbliższym największego dobra.  Jeśli bardziej kochamy siebie lub jakiegoś człowieka, wtedy wchodzimy w świat niszczących iluzji. Sądząc, że czynimy dobro, tak naprawdę zaczynamy wyrządzać krzywdę. Zamiast czystości  bezinteresownego dawania jest nieczystość interesownego brania.    

Szczególne znaczenie ma relacja pomiędzy miłością i krzyżem. Jezus stwierdza: „Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem” (por. Łk 14, 25-33). Krzyż symbolizuje to wszystko, gdzie czujemy się  tak, jak byśmy byli przebijani i zabijani. Często pierwszą spontaniczną reakcją jest chęć odrzucenia krzyża, aby pozbyć się nieznośnego  ciężaru. Nie jest to jednak właściwe rozwiązanie. Ciężar odrzucony powróci, wywołując  jeszcze większe przytłoczenie. Dlatego Jezus zachęca, aby odważnie zgadzać się na swój życiowy krzyż. Na początku jest to trudna decyzja, której pozytywne owoce nie są dostrzegane. Ale z czasem pierwotny ciężar staje się coraz lżejszy. Poprzez akt zgody i cierpliwego znoszenia doświadczanych uciemiężeń do serca dopływa moc Ducha Świętego. Duch Święty sprawia, że nawet najbardziej  przytłaczające stany są przeżywane z „duchową lekkością”. Wymóg przyjmowania i niesienia krzyża jest wyrazem głębokiej miłości. Dzięki temu stajemy się uczniami Jezusa, który tak właśnie nakazuje czynić. Taka postawa nie jest niszczącym złem, ale budującym wewnętrznie dobrem.

Miłość nie jest nieodpowiedzialną lekkomyślnością, ale odpowiedzialnym przewidywaniem.  Mówiąc obrazowo, zanim zaczniemy zalewać fundamenty, powinniśmy uważnie obliczyć, czy wystarczy nam środków na dokończenie całej konstrukcji. Trzeba opracować plan działania, który pozwoli stopniowo zrealizować całe przedsięwzięcie. To chroni przed podjęciem inicjatyw, które potem nie będą mogły być zrealizowane. Wiara w pomoc Bożej Opatrzności nie jest aktem krótkowzrocznej nonszalancji.

Należy także odróżnić rozsądną odwagę od bezmyślnej pychy. Pycha wyrusza na bój, choć z góry skazana jest na porażkę. Pokora potrafi prosić o pokój  tam, gdzie nie ma szans na stoczenie zwycięskiej bitwy. Człowiek prawdziwie miłujący będzie zachęcał do rozwiązań, które są w zasięgu możliwości. Celem miłości jest zawsze życie, nigdy śmierć.  Przy czym nie można ograniczyć się do rozumienia życia jedynie w sensie biologicznym. Najgłębiej chodzi o życie duchowe,  które przekracza doczesność  i trwa wiecznie. W tym sensie szczytem miłości jest oddanie życia, które  doraźnie powoduje śmierć. Ostatecznie jednak Bóg z tej śmierci wyprowadza jeszcze większe życie. Tak rozumiana miłość łączy się ściśle z postawą wyrzeczenia. Jezus wyjaśnia: „Tak więc nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem”. Sens wyrzeczenia polega na zdobywaniu wewnętrznej wolności. Wszystko, do czego jesteśmy przywiązani, powoduje zniewolenie. Miłość jest duchowym aktem, który poprzez rezygnację otwiera na Bożą nieskończoność. To, co utracimy ze względu na Boga, zostanie nam po wielokroć i wiecznie przywrócone.

Panie, prowadź nas drogą  wymagającej miłości… 

4 listopada 2015 (Łk 14, 25-33)

Zbawiciel i wolność


W głębi  duszy pragniemy wszechmocnego zbawiciela. Tęsknimy za kimś, kto przyjdzie i zmieni „na lepsze” nasze życie oraz cały otaczający świat. Tak wiele zła i bolesnych ograniczeń, których o własny siłach nie jesteśmy w stanie przezwyciężyć. Boski  zbawiciel jest oczekiwany jako ten, który wyzwoli od „gorszego świata” i wprowadzi do „lepszego świata”. W Ewangelii znajdujemy bezcenne przesłanie, że  tym Zbawicielem jest Jezus Chrystus. Jest on jednocześnie Bogiem i człowiekiem. Niestety ta prawda, teoretycznie dobrze znana przez chrześcijan, w praktyce często nie jest przyjmowana. Istnieją dwie charakterystyczne pokusy, o których warto pamiętać.

Przy pierwszej człowiek lub grupa ludzi są postrzegani jako ci, którzy przyniosą zbawienną pomoc i oczekiwane wyzwolenie. Ostrzem błędu jest przypisywanie człowiekowi zdolności i mocy, które  posiada tylko Bóg. Konsekwencją tego są „boskie oczekiwania” kierowane pod adresem „zbawiających ludzi”. Konsekwencją trwania w takiej postawie są rozczarowania i zawiedzione nadzieje.  Sercem dramatu  jest to, że prawdziwy Bóg zostaje pominięty. Na plan pierwszy wysuwa się człowiek, który jednak nie jest Bogiem.

Druga postawa polega na trwaniu w bezczynności. Inni są obarczani całą odpowiedzialnością  za treść przeżywanych trudności. Zanika poczucie własnej inicjatywy i odpowiedzialności.  Bierność powoduje, że nie przyjmujemy łask, których Bóg chce nam udzielić.  

W tych zmaganiach wielką pomocą  może być świadectwo ewangelicznego Bartymeusza. Gdy usłyszał o nadchodzącym Jezusie, niezwłocznie udał się na spotkanie z Nim. Bardzo ważne są słowa głębokiej prośby, którą wypowiedział: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną” (por. Mk 10, 46-52).  Bartymeusz widział w Jezusie Zbawiciela, w którym spełniają się mesjańskie obietnice. Wedle Pism taka osoba miała  mieć zdolność uzdrawiania i przywracania wzroku. Dlatego z pełnym zaangażowaniem błagał o potrzebne łaski. Opór ze strony niektórych ludzi nie zniechęcił, ale wyzwolił jeszcze większy zapał i determinację.  Podjęty trud został obficie wynagrodzony. Jezus dostrzegł niewidomego i przywołał go do siebie. Nie  dokonał  jednak od razu uzdrowienia. Najpierw zapytał: „Co chcesz, abym ci uczynił?”. Bartymeusz bez wahania poprosił o przywrócenie wzroku. Dzięki temu, że uczynił to z  wielką wiarą, otrzymał upragniony dar przejrzenia.

Bardzo ważne są tutaj dwie sprawy. Przede wszystkim Jezus jest postrzegany jako Zbawiciel o Boskich predyspozycjach. Następnie ze strony człowieka jest głębokie wewnętrzne i zewnętrzne zaangażowanie, które ściśle związane jest z podjęciem konkretnej decyzji: „Jezu, uzdrów!”. Oto bardzo ważny drogowskaz życiowy. Nie przypisujmy nigdy ludziom „zbawczej mocy”. Zarazem nie traktujmy na serio jakichkolwiek „zbawczych obietnic”, które wypowiadane są przez ludzi. Istnieje tylko jeden Zbawiciel i jest nim Jezus Chrystus. Możemy być pewni, że On nas nigdy nie zawiedzie. Zawsze będzie chciał obdarzyć nas tym, co najlepsze w życiu doczesnym.  Ale najważniejsze jest to, że ma On  moc udzielić  nam życia wiecznego. Koncentracja na wieczności  pozwala zachować zdrowy dystans do doczesnych wydarzeń. Nie są one traktowane tak, jakby stanowiły „coś” absolutnie najważniejszego. Dlatego nigdy nie błagajmy o litość „ludzkich zbawicieli”, ale tylko i wyłącznie Jezusa, prawdziwego Boskiego Zbawiciela.

Akcent kładziony na Bożej mocy nie neguje istnienia ludzkiej wolności. Sens różnych decyzji dotyczy tego, co i w jaki sposób pragniemy przyjąć od Boga, często za pośrednictwem ludzi. Nasze wybory mają ogromne znaczenie. Możemy określone dobro przyjąć lub stracić. Możemy uniknąć zła lub doprowadzić do jego intensyfikacji. Sumienie jest „świętym sanktuarium”, gdzie otrzymujemy od Ducha Świętego konieczne światło przy podejmowaniu „Bożych decyzji”. Aby to światło ujrzeć, warto pokornie wołać do Jezusa: „Rabbuni, jestem ślepy. Spraw, abym przejrzał”. Gdy wołamy z głęboką wiarą z pewnością otrzymamy dary Ducha Świętego, które pozwolą nam odczytać i wypełnić Wolę Bożą. Oto piękny owoc współpracy „ludzkiej maleńkości” z wszechmocą Boga Ojca…   

25 października 2015 (Mk 10, 46-52)